|
 |  | | DZIENNIK ZNALEZIONY POD MUREM - OTWARCIE |
|  |
Wysłany: Sob Maj 26, 2007 10:21 am |
|
|
| Plezantrop |
| Dziad z Loży |
 |
 |
| Dołączył: 08 Kwi 2006 |
| Posty: 7381 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
Prawie cztery lata poświęciłem na konstrukcję "Dziennika..." i nadal nie wiem, czy w myśl starej literackiej definicji, która powiada, że nie ma utworów skończonych, są tylko rozpoczęte - moja praca jest zakończona.
"Dziennik..." liczy sobie ponad 500 stron i stanowi próbę znalezienia odpowiedzi na dręczące chyba każdego człowieka pytania związane z sensem egzystencji; próbą znalezienia odpowiedzi na "O co chodzi?"
"Dziennik..." jest pamiętnikiem wyłącznie w rozumieniu mimowolnej, codziennej rejestracji i interpretacji otaczającej nas rzeczywistości, snów i przeżyć.
"Dziennik..." miał wielokrotne szanse na druk, jednak za każdym razem "po dojrzałym namyśle", "z uwagi na profil wydawnictwa", "biorąc pod uwagę kontrowersje, jakie może wywołać...", "gdyby zechciał pan dokonać autokorekty tak w zakresie tematów, jak (w szczególności) słownictwa..."
"Dziennik..." zaledwie na 2 portalach do tej pory przeczytało w Internecie ponad 20 tysięcy Czytelników. To dużo. Było kilka komentarzy. To mało. Z kilku portali literackich na które "wrzuciłem" jego fragmenty, został wyrzucony. Sprawa nieważna ale na pewno - głupia.
Co najważniejsze: dla mnie akt pisania nie jest drogą do osiągnięcia jednoznacznego przekazu, ale próbą uchwycenia wszystkich wielotorowych aspektów opisywanego i oddania ich jak najwierniej, bez popadania w siermiężną ilustracyjność, charakteryzującą powojenną literaturę polską. Za wyjątkiem twórczości Marka Nowakowskiego.
Jeszcze jedno - pisarzy dzielę na tych, którzy piszą i takich, którzy piszą 'fajnie'. Ja 'fajnie' nie piszę.
Plezantrop (c)
OTWARCIE
Można pisać o wszystkim; na przykład - o Papieżu. Jeśli ktoś napisał słowo "papież" z dużej litery, to nawet idiota wie, że chodzi o Jana Pawła II, a nie o córkojebcę, Aleksandra VI.
Więc można pisać coś o Papieżu, Kościuszce albo Piłsudskim. Niezłym pomysłem jest, oczywiście, opisanie obrony Westerplatte czy tragedii Powstania Warszawskiego, a już na pewno – martyrologii Żydów; wiesz: płonące Getto, zburzona synagoga, mała Rywka, szmalcownicy... Inaczej mówiąc, zostać Kosińskim.
Aha, godnie jest pierdyknąć jakieś bogoojczyźniane story na motywach „Czerwone maki na Mąte Kaaaassssiiiinooo...”, bo to zawsze mode, a Sucharski czy Świerczewski, to już nie.
Jak kto chce być trendi, powinien pisać o gejach i lesbijkach, żeby było cool. Ale jeżeli jesteś biseksualnym żydo-katolikiem z KOR-u i Solidarności, a swojego czasu byłeś w PZPR, no to - Stary! Skoro wszystkim obciągałeś, a w nagrodę każdy cię dymał, to znasz dużo fajnych historii. O, Panie! Jakie ty musisz mieć wspomnienia! Jak wspaniała była twoja droga przez mękę!
Pytasz - co to jest? Toto? To jest patchwork. Przypowieść. Patchwork-przypowieść o kobiecie i mężczyźnie w chrystusowych latach. Mają zmarszczki w kącikach oczu, a siwy włos dawno zagościł nad ich skroniami i choć oboje patrzą na siebie z czułością, to jest to syta czułość najedzonego, który widząc spiżarnię mówi: Dobre było! Ale się przejadłem! Oto morał. Przypowieść ma moralny obowiązek posiadać jakiś morał, gdyż inaczej staje się niemoralnym opowiadaniem, jak na przykład kilka powiastek Hemingwaya, wyłączając oczywiście to o Starcu i Rybie. I parę Steinbecka, jak to o langustach i padlinie. Aha, i jeszcze tamto (też Hemingwaya) o żołnierzu, motylu i czołgu. No!
PROLOG Z EPILOGU
(Nasycony znakami zapytania)
Szczeciński Klub Olimpijczyka; Aleje Wojska Polskiego numer 127. Piją koniak. Jej mąż patrzy mu w oczy ze szczerym? Uśmiechem? Westchnieniem ulgi? Rezygnacją?
- Wygrałeś. Mówi jej mąż. Masz ją. Daję ci ją.
Wstaje, płaci za wszystkich i wychodzi; wysoki, jasnowłosy, przystojny, inteligentny. Jest czas Wielkiego Braterstwa i powszechnej Solidarności; czas łopoczących flag, narodowych insygniów; czas katharsis. Jest to zarazem, uważasz Olo, czas chmur kłębiastych, z których wypiętrzają się burzowe cumulonimbusy nadciągające na Polskę ode Warszawy. Czas Apokalipsy z orłem bez korony na hełmach.
- Litości! Nie o polityce, tylko o miłości, namiętności i tyłeczkach kobiet!
- Zatem o tym będzie. Tak, więc ma ją... Więc dostał w prezencie żonę tego faceta, która teraz patrzy przerażona? Zadowolona? Wstrząśnięta? I...?
- On ci mnie dał? Mówi tak głośno, że para siedząca dwa stoliki dalej patrzy na nią ze zdumieniem? Niedowierzaniem? Oburzeniem?
- Słyszałaś...
- Dał mnie, jak - co? Jak przeczytaną gazetę? Jak kawałek dupy do rżnięcia? Jak taboret czy lampę? Jak...? Jak...?
Nie. Nie płacze. Wstają i wychodzą. Po drodze kupują wódkę i idą do hotelu Gryf; czeka tam na nich kwitnąca echeveria.
KILKA LAT PÓŹNIEJ
(Parę uwag dla potencjalnego reżysera)
Stoi na środku pokoju z torbą podróżną na ramieniu i wiśniową, skórzaną walizką w prawej dłoni. Stawia bagaże, podchodzi do drzwi, przekręca klucz. Podchodzi także do okna, domyka je energicznie, bo hałas ulicy go drażni, a jemu potrzebna będzie cisza.
Przez okno widzi budynek z nietynkowaną ceglaną ścianą; wspina się po niej anemiczny, rdzawozielony bluszcz; radio sączy absynt One Night in Washington. Tego Murzyna, Charliego Parkera. Zdejmuje sztruksową marynarkę, wiesza na oparciu krzesła, potem kładzie się na tapczanie i przymyka oczy; nie otwierając ich zapala papierosa, popiół strząsa na podłogę; nagle wstaje i (gasząc papierosa) mówi do lustra:
- Do jutra.
Chwilę stoi nieruchomo, później znów się kładzie i leżąc patrzy w sufit, słuchając szumu krwi i brzęczenia odkurzaczy na korytarzach (wchłania odgłosy, żeby je wyciszyć, wessać w siebie i zneutralizować świetliste rozbłyski pod powiekami). Właśnie wtedy po raz pierwszy wypowie w myślach słowo: Xanadu... Pomyśli Xanadu i widz ujrzy toczącą się gdzieś, po jakimś dywanie szklaną kulę z wirującymi wewnątrz płatkami śniegu, która wypadła z męskiej, martwej dłoni. Ktoś wypowie rosebud, a może to będą jego słowa. Idę, pomyśli i otworzy drzwi amfilady swojego popieprzonego życia. Cięcie.
Dissolve:
INT. KANE'S BEDROOM - FAINT DAWN - 1940
A snow scene. An incredible one. Big, impossible flakes of snow, a
too picturesque farmhouse and a snow man. The jingling of sleigh
bells in the musical score now makes an ironic reference to Indian
Temple bells - the music freezes -
KANE'S OLD OLD VOICE:
- Rosebud...
The camera pulls back, showing the whole scene to be contained in one
of those glass balls which are sold in novelty stores all over the
world. A hand - Kane's hand, which has been holding the ball,
relaxes. The ball falls out of his hand and bounds down two carpeted
steps leading to the bed, the camera following. The ball falls off
the last step onto the marble floor where it breaks, the fragments
glittering in the first rays of the morning sun. This ray cuts an
angular pattern across the floor, suddenly crossed with a thousand
bars of light as the blinds are pulled across the window.
The foot of Kane's bed. The camera very close. Outlined against the
shuttered window, we can see a form - the form of a nurse, as she
pulls the sheet up over his head. The camera follows this action up
the length of the bed and arrives at the face after the sheet has
covered it.
PATCHWORKI
Stoi na wysokościach Muru i jakoś tak ni stąd, ni zowąd przychodzi mu do głowy tocząca się po dywanie szklana kula z wirującymi wewnątrz płatkami śniegu. Pomyślał Xanadu i zaraz potem, na widok zmierzwionych kwiatów dzikiej, szkarłatnej peonii pomyślał - Rosebud.... A po chwili jeszcze raz - Rosebud. Nie miał pojęcia, dlaczego. Wczoraj było trzęsienie ziemi i pięćdziesiąt tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głowami, więc może dlatego? Może fale sejsmiczne naruszyły jego wnętrze, do tej chwili w miarę stabilne? Pewnie tak; pewnie stare szkielety wypełzły na powierzchnię: Hop, hop! Jesteśmy!
At night of 18 October local time, earthquake measuring 6.1 on Richter scale occurred in the area of junction of Hebei, Shanxi provinces and inner Mongolia Autonomous Region 220 km Northwest of Beijing. Four tremors over 5 on Richter scale recorded towards next morning.
Szli przez ruiny patrząc na szczury wysiadujące na gruzach; nie schodziły do piwnic, roztropnie czekając wstrząsów wtórnych. Wypasione, obżarte ruszały wąsami czyszcząc łuskowate, połyskliwe ogony. Więc dlatego? Pewnie tak, bo przecież mógł wspomnieć Rashomona Kurosawy, albo Ingmara Bergmana Tam, gdzie rosną poziomki, a choćby Miłość Elwiry Madigan Widerberga z tymi nieocenionymi zdjęciami Perssona, nie?
No, pomyśl: co przeczytałeś? Masz przed oczyma tekst, który pisał walcząc z każdym wyrazem, każdym zdaniem, myślą krwawiąc przy tym, jakby mu sęp wyrywał wątrobę. Czego chce? Chce powiedzieć: To nie jest tak, że czytasz jakiś pieprzony literacki eksperyment.
- A to nie jest tak? No, to jak to jest? Próbuje robić za świętego Jana? Zionie apokaliptycznym strumieniem świadomości? A może śni mu się pastisz Ulissesa? O to mu chodzi? O nowe Wawrzyny już ścięto czy Absalomie, Absalomie...? A właściwie, dlaczego nie może poeksperymentować? W końcu pisze tylko jakąś historię o sobie i tej dupie, z której nie może się otrząsnąć, mimo że czas ich wyciekł, jak sraczka sitem. Literacki patchwork...
- Poczekaj. Poczekaj chwilę. Zobacz, czy to patchwork. Zobacz, Absalomie, czy wawrzyny już ścięto.
Więc jest w towarzystwie Doktora. Palą papierosy i pociągają z piersiówek wódkę. Otaczają ich skośnookie, pełne jadeitowych smoków Chiny, a on patrzy z blanków Muru w urwisko, gryzie końcówkę długopisu i myśli o jakiejś różyczce i wielu innych fajnych sprawach. I o tym, jak zrozpaczony Doktor zadzwonił Cholera, kurwy mnie obrały z forsy! a wtedy on, idiota, po trzech dniach zlądował w Szanghaju w tanich trampkach, jeansach, kraciastej koszuli i wręczając kasę powiedział mu tylko to swoje: No!
La lalala lala nuci rześko, wciągając rześkie górskie powietrze i spleśniałą woń starej zaprawy.
- To Shi Huang rozpoczął budowę, a Nurhaci zakończył ten absurd, Greku. Mówi, spoglądając w niebotyczną przepaść i zębate mury.
- Ming! I pękło jak balon. Kończy Doktor.
Przyleciał, żeby Doktor zrealizował umowę, zapłacił producentowi za produkcję, przewoźnikowi za transport, brokerom za resztę. Kiedy facetom z ministerstwa wręczyli tłuste łapówki za niezwykłą uprzejmość, ci niezwykle uprzejmie zasugerowali możliwość spędzenia czasu w towarzystwie wesołych, miłych, porządnych dziewczyn. Sugestia została przyjęta zdecydowanym męskim tak miłych, wesołych i porządnych mężczyzn lubiących sprośne kurwy; luzując krawaty podążyli do hotelu.
- Teraz dupy, jutro - Delhi. No i Harikriszna, Indianie!
ARACHNE
Schodzą kamiennym traktem osaczeni górami i labiryntem Muru z na wpół rozpadających się, brudnoczerwonych cegieł. Rosendorfer miałby pożywkę. Różyczka... Labirynty wspomnień. Myśli szumem muszli, myśli. Wtedy, tam... Kobiety. Medee. Córki węży i jaguarów. Dżungle zapomnień. Wygięta nad nim w łuk krzyczała tak! I było to jedyne tak mające jakiś sens, a on ten sens beznadziejnie spieprzył. Została na szwedzkiej Naksos bez najwątlejszej nici nadziei na drugą szansę.
Biedna Ariadna...
Pstryka kolejne zbędne zdjęcie, dotyka cegieł strażnicy, wdycha chłodne powietrze, uprzejmie usuwa się tanecznie na bok przed japońskimi turystami. Cholera, jaka: biedna Ariadna?
Świtało, kiedy podparci na łokciach leżeli w szerokim łóżku, wyprani ze snu, patrząc na siebie bez gniewu, z poczuciem drapiącego gardło rozczarowania. Jakiś Sting z taśmy, gruchanie gołębi na parapecie, od zatoki gorzki zapach, a przez wąskie szczeliny okiennic różowe światło powoli spływało na ściany.
...No, jaka biedna Ariadna? Jaka biedna Ariadna? Jej imię wywodzi się od Arachne. Pajęczyca. Mogła sobie wyśmienicie sama zapleść pajęczyny nowych nadziei. Zaplotła - i to nie jedną! Dolara za każdego fiuta, którego gładko wpuściła między gładkie propyleje wiodące do jej cipy. Mamiła też dzieweczki, Safona; poetycko rozkładając dla nich lirę ud, językiem wypisywała na ich drugich wargach miłosne pieśni. Tak je ujarzmiała: biorąc nad siebie.
[---]
Wygładza kręgi myśli, obojętnie spoglądając na coś obojętnego: glazurę cegły w Murze, ptasie odchody, buty kanadyjskiej turystki; potem gryzie krakersa, zgniata szeleszczące opakowanie i wrzuca do kubła.
- Cholerny teatr - życie!
ΆΝΆΓΚΗ
- Wiesz, Doktorze, według Czechowa, jeśli w pierwszym akcie dramatu na scenie pojawia się strzelba, to w ostatnim musi wypalić. Bo strzelba, gdy się pojawia, ma być niczym ogniste mane, thekel, phares wypisane podczas uczty na ścianie pałacu Baltazara w Babilonie. I nie ma to nic wspólnego z przypadkiem; skoro coś się pojawia, pojawia się po coś. Ananke jest nieubłagana; nie można jej oszukać, powstrzymać ani zawrócić: pytaj Lajosa i Edypa, pytaj Orestesa i Elektry.
- Jakie mam szanse na odpowiedź? Czy zastanę ich w domostwach ich?
- Oh, Greku! Pytaj, pytaj, pytaj! Przede wszystkim, pytaj tą małą nieszczęsną pizdę, Ifigenię, gdzie był wtedy אהיה אשר אהיה? Niech ci wyjaśni, dlaczego nie powstrzymał dłoni Agamemnona, jak pohamował nóż Abrahama?
- A Jeremiasza 31:1-19, nie wyjaśnia, Padre?
- Nie, synu! Niczego nie wyjaśnia. Blekot! To oczywiste, że namiętna Klitajmestra miała przesrane od chwili, w której tłusty łabędź przerżnął (ku obopólnemu zadowoleniu) jej matkę; zwróć przy tym uwagę na osobliwość, jaką jest upodobanie zdumiewającej i przerażającej ilości antycznych i współczesnych kobiet do spółkowania z wszelkiego rodzaju zwierzyną - od psów, co już codzienne, po węże i rybie ścierwa.
- Tak, zatem...
- Zatem, Klitajmestra... Jej los był pierwszą, a nie ostatnią sceną niekończącego się dramatu, na której bogowie zawiesili strzelbę. Poznaj zen i ośmioraką ścieżkę. Przekop, jak Schliemann, Mykeny swoich wspomnień; w tym gigantycznym śmietniku znajdziesz wszystko, czego się nie spodziewałeś: plemnik ojca, jajeczko matki, a na końcu pępowiny - ty, splot patologicznych komórek. Jesteś, bo plemnik z twoim DNA był na samym szczycie wytrysku, więc niby żadne przeznaczenie, ale dlaczego z akurat z twoim DNA? Oto jest pytanie!
W Mistrzu i Małgorzacie jest taki fragment, w którym Berlioz spytany przez Szatana jak zamierza spędzić wieczór, odpowiada:
„Wiem mniej więcej dokładnie, co będę robił dziś wieczór. Oczywista, jeśli na Bronnej nie spadnie mi cegła na głowę... Cegła - z przekonaniem przerwał mu nieznajomy - nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego”.
Niecenzurowane wydanie Mistrza i Małgorzaty przeczytałem w więzieniu; wychodzi na to, że wojowałem z komunizmem tylko po to, żeby w otoczeniu nie do zapomnienia dowiedzieć się, że cegła nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego...? Miałem zapamiętać właśnie te słowa? Widocznie tak. Widać nasze życie jest tylko kontynuacją odgórnie wyznaczonej trajektorii splotów łańcucha przyczynowo-skutkowego. Άνάγκη. Dharma tworzy karmę, świerszczyku. Samsāra, przeznaczenie czy jak tam sobie chcesz.
- Piękna reguła domino, Domine! Ale czego ma dowodzić przytoczony, pasjonujący skądinąd dialog, a propos Anzio, hermafrodyty i teoria Czechowa?
- Szczęki Kronosa, które pewnej nocy zmiażdżyły naiwność dziecka, gdy dorośnie posłużą i jemu za narzędzie, aczkolwiek raczej autodestrukcji niż agresji. Będą ofiary, ale on sam, dla siebie, najpierwszą i najważniejszą, choć tylko (o, paradoksie!) kolejną, w niekończącym się łańcuchu rodzinnych, mrocznych tajemnic.
- Stąd Elsynory myśli?
- Stąd, Greku...
- Kto zapuszcza truciznę królowi, płodzi księcia-mściciela?
- Nie! Płodzi króla Lidii, kolejnego Kandaulesa, Aleksandrze, który od tej pory największą rozkosz czerpać będzie tylko i wyłącznie z pokazywania swoich nagich kobiet innym, napalonym samcom i szczodrego rozkładania jej ud w prezencie dla nich. Zatruty jadem pewnej nocy, niestrudzenie stręczyć im będzie Gygesów, swoich dręczycieli i - jednocześnie - wybawców, Szatanów a rebours.
- Wiedział o tym od zawsze?
- Nie. Zrozumiał to po rozstaniu z Wandą; dałby jej wszystko, czego chciała, gdyby tylko można było cofnąć czas. Ale to, jak wiesz, nie jest możliwe...
- A ona chciałaby wszystkiego, co gotów był jej dawać?
- Była najwspanialszą Shakti, ujeżdżającą wszystko bez wyjątków. Wzięłaby wszystko i zażądała więcej.
- Więc tak to jest, Sindbadzie...
- Ano, tak to jest, Greku...
Opiera ręce na chropowatości blanków: Minotauros wypatrujący ateńskich okrętów, węszy dziewice nic nie wiedząc o kłębku. Biedny rogacz, będzie szukać dróg w labiryntach zwątpień, wypełniać myślą ową lukę pomiędzy żaglem jutro, a powietrzem wczoraj doskonałą, najczystszą iluzją podróży do Indii korzennych, by odnaleziony nowy świat mógł się objawić westchnieniem rozczarowanej ulgi Kolumba: nareszcie...
Patrząc za kluczem żurawi z dłonią przyłożoną do czoła, myśli o Wandzie: Wanda... Myśli też o tym, że Chiny są jak malowane tuszem na jedwabnym papierze. Wprawdzie jest w Chinach, idzie sobie stromo w dół labiryntami absurdalnego Wielkiego Muru, ale nagle przed oczyma widzi sypialnię japońskiego domu rozkoszy. Nie, nie burdelu; domu rozkoszy opisanego w Śpiących Pięknościach Kawabaty. Ile tatami 85 na 180? Nieważne...
"Mam wrażenie, że to już odległa przeszłość, kiedy ostatni raz rozczarowałem się kobietą. Ktoś wymyślił dom, w którym kobiety są usypiane w taki sposób, żeby nie mogły się przebudzić”. Tyle Kawabata. Dlaczego tu i teraz przypomina sobie akurat Śpiące Piękności? Może dlatego, że dokoła pełno malutkich, prześlicznych dzieweczek o skośnych oczach i krótkich nóżkach kaczuszek? A może dlatego, że Azja unifikuje siebie samą: pastele nieba i chmur, tusze drzew, lakowe skały, jadeitowe śnieżne smoki, czerwono-złote demony... Dlatego. Śliczności obrazki: tandetne, jarmarczne Chiny, Japonie, Koree, Tajlandie...
Opuszkami myśli dotyka teraz śliczności dziewczyny tlącej się głęboko w zakamarkach synapsów; gorzko pamiętać... Mogli nas wtedy rozjechać czołgami, zatłuc pałami, rozstrzelać na śniegu. Ten przerażony żołnierzyk z erkaemem mierzący do nich, wołający piskliwym, kogucim dyszkantem rozejść się, kurwa, będę strzelać! Byliśmy tylko we dwoje, więc my się nie rozeszliśmy, a on nie strzelił: rzucił hełmofon na śnieg i się rozpłakał. Dzielny wojak. A ja?
Nie dotrzymał słowa danego jej przed szturmem. Jeśli wyjdziemy z tego żywi... A potem trzy rakiety, pamiętasz? Dałem ci słowo, że jeśli wyjdziemy z tego żywi... Co to jest - słowo? Wzrusza ramionami. Słowo było na początku. J1:1. A co z Der bestirnte Himmel über mir, und das moralische Gesetz in mir, ty skurwysynu? Och, idź do cholery. Genug! Opowiem ci kiedyś, ale nocna rosa jeszcze nie opadła na jaguara skrytego między lianami, więc najpierw muszę wyciąć gęstwinę zapomnień i wykarczować korzenie pomyłek. Dopiero wtedy prosto w żyłę. Der bestirnte Himmel...
Dyskretny ciężar wzroku skośnookiego porządkowego, zmusza go do dyskretnego schowania (dyskretnie) w kieszeni niepodpalonego papierosa. Wzruszając ramionami przypomina sobie Bahia Negra i jakieś gołe dziecko o wzdętym brzuszku, biegnące z patykiem przez kałużę beztrosko roześmiane i jeszcze kogoś, wynurzającego się z mroku Agry z konspiracyjnym szeptem: Dzisiaj o dwudziestej w hotelu Mughal, pokój...
- O! Ty, a pamiętasz? Ta knajpka Bhati w Lahore, obok bramy Bhati? Tamta dziewczyna sprzedawała amerykańskie papierosy; miała prześliczne, wąskie dłonie farbowane chną na kolor indygo i szkliste, brązowe oczy. Narkomanka. Pojdę z tobą za dolara, Mister.
- Jasne, a za dwa poderżnie ci gardło!
- Jej sflaczałe, tłuste cyce falowały jak wodne hiacynty. Falowanie Amuru między ścianami Xiao Hinggan Ling, gdy wiele słońc i nieskończoność księżyców później, wesolutko pijani na wesolutkim pokładzie pijanego bocznokołowca tańczyli z nadobnymi niewiastami, Ruską i Chinką, prostytutkami udającymi panny zacne. Kupili to z Macedońskim. Zacziem niet?
Zatrzymuje się na chwilę nad rachitycznym rumiankiem, wrośniętym między spękane tafle zupełnie jak wtedy w Pompejach, kiedy dzwoniła do jakiejś Marty, pretensjonalnie skarżąc:
- Nic się nie dzieje. Martwy sezon...
On patrzy na amfory, pitosy, misy i sztućce ustawione na chropowatym stole oberży i niemal czuje zapachy i smaki potraw. Zamyka oczy i słyszy głuchy, narastający ponury grzmot w trzewi ziemi i w napięciu czeka na wybuch. Ale nic się nie dzieje; otwiera oczy. Nic się nie dzieje... W Pompejach martwy sezon...
- Co ona powiedziała, Sahib?
- W Pompejach martwy sezon...
- Matko panajezusowa! Trafiła jak w pysk.
- Taka była: pompejańska w swojej głupocie, Greku.
Ociera pot z czoła nieba gwiaździste nade mną, Immanuelu, a nocne lotniska we mnie: Bandaranaike w Colombo, Rafic Hariri w Bejrucie, wcześniej Le Bourget; hotelowe pokoje i dziewczyny pachnące Chanel, Coty, L’Opium... Wężowe córki węży. Jutro Delhi. No i Hari Kriszna, Indianie!
STARY POMYSŁ
Przewracając kartki pamięci, odnajduje pomysł, który wałkował jakiś czas temu. Zapomniałem, no a teraz skoro już tutaj jestem, to... Koniecznie zacząć od łabędzi na stawie... Na stawie? Na jeziorze! Na jeziorze obsypanym, jak śniegiem, kwiatem śliwy. Może brzoskwini? Śniegiem, śliwy... Dwa razy si... Nie, jest dobrze: śliwa. A może magnolii? E, nie, śliwy! Później będzie o herbacianej dziewczynie, niosącej w bambusowym koszyczku dziecko, owoc miłości z Jadeitowym Smokiem, władcą Śnieżnych Gór. W koszyczku na plecach, oczywiście. Lijiang. Yunnan. I oczywiście, nie bambusowym, tylko ratanowym... Tulipanowiec też mógłby być. Nie, tulipanowiec nie: Ameryka, nie Azja. Migdałowiec? Zbyt migdałowo: Amygdalus. Nie, zdecydowanie śliwa. Zdecydowanie. A dziewczyna, powiedzmy...
- Ta kelnerka z Yangzhou, wdzięczna jak paciorek? Lanlan?
- Lanlan. Może być Lanlan, czemu nie?...
...Nalewała herbatę z wdziękiem motylka. Wdzięk. Brzdęk. Mała Lanlan. Ślicznie. Imię klaszczące ślicznie skrzydełkami ponad makami pachnąc opiumowo. L’Opium za jej uszkiem i w dolinie piersi. Dolina Śmierci. Och, co za brednie! Cholera, a może nie to? Może nie o smoku i dziewczynie, tylko tamta historia o Marii i? Jasne, że historia Marii i. A czyja, Prokopa z Cezarei? No, bo kogo jakaś dziewczyna ze smokiem?
- Jako Ἀνέκδοτα?
- A czemu nie, bo kto to niby opublikuje? Na Zachodzie może jeszcze by uszło... U nas, jak nie ma o papieżu, politykach, strajkach i ubowcach albo jak się, kurwa, nikt nie pierdoli, to kogo to... A, chuj z nimi! Dobra. Lanlan o brzoskwiniowych sutkach.
KǑNG MÍNG MIŔO QIÁN YǑU LǍO BǍI
Déjà vue? Schyla się po czerwonozłoty prostokąt: okładki bambusowe, ryżowy papier. Popatrzmy, co to jest. Pamiętnik? Piękne te krzaczki. I rysunki. Pamiętnik? Chyba tak. Położyć z powrotem? A może...? Tak, pamiętnik. Nie, lepiej nie; lepiej oddać milicjantom na dole, przy restauracji... Albo poszukam adresu i... A, niech mnie w dupę pocałują!
Wkłada pamiętnik do kieszeni; przystając patrzy na siwogranatowe skały. Wtedy? Tam... Pamiętnik. Tang. Wang. Ming. Brzdęk! Lanlan! Dajmy jej na imię Lanlan i herbaciane oczy. I ciało pachnące opium. Słodko. Z jeziora. Lanlan z Jeziora, o! Plagiat? Blisko, cholera: Pani z jeziora, Lancelot z Jeziora... I do tego, na przykład... Oczywiście, tylko na przykład; jako pomysł: wiekowy cyprys przebijający sfery niebios, korzeniami drążący ziemię. Kora jak? Jak suszona śliwka. Żółwia szyja. Starcza. Kora. Koralik. Korek. Koran... Kora. Na przykład tak: mówili, że płakał kroplami wonnej żywicy, z której rodziły się motyle, herbata i gwiazdy; zimą rodził śnieg, wiosną sroki nadziei. Dobre!
- Zaraz, zaraz, kto: mówili? Jacy - oni?
- No, oni: niewidzialni ludzie z gór, mnisi w kapturach, natchnieni od bogów; spisane na ryżowym papierze sekretnych manuskryptów. Czerwień, złoto, lapis-lazuli. Albo, na przykład, jakiś mędrzec z klasztoru, pustelnik; Mistrz. Mistrz Li. Wong. Czou. Zhāng. Albo, niech mu będzie - Po.
- Może być, na początek, a potem?
- Mówili? A może: powiadali ? Albo: napisano, że...? Archaicznie, starodawnie. Na jedno wyjdzie. Później... Powiedzmy, że zacznę... Jasne, czysto hipotetycznie. Początek, powiedzmy ludzie dzielą się na Słowiki i Psy, powiada Mistrz Po, Słowiki wyśpiewują tęczę marzeń, psy szczekają tylko o kości... Szukasz swojego prawdziwego ja? A ty kim jesteś: słowikiem czy psem? Wybierz, kim jesteś, kim być chcesz, bo takie prawo wyboru posiadasz. No, może tak, a może... Param param tam tam... Cholera, jakoś tak... Sam nie wiem, może by... Sieje obficie ziarna zwątpień, niepewny pewności. Twardy w osądach, jak pancerz meduzy. Że: niby komu to potrzebne? A na co to się komu zda? A po cholerę właściwie? I takie tam duperele. Cały on, miękki kutas! ...Powiadali, że... Dobrze. Dobrze? Chwileczkę! A nie pobrzmiewa tu aby Du Fu i jego Balladą o? O, ja bym to przełożył tak: Kǒng míng miŕo qián... Czyli, powiedzmy... No, bo jeżeli po ichniemu...
KǑNG MÍNG MIŔO QIÁN YǑU LǍO BǍI
...No, to z ichniego na nasze... mniej więcej... jakoś...
...stary cyprys przed świątynią Kong Ming
ma korzenie jak zielone brązy
granitom podobne konary...
...tata ta ta tata ta ta i tak dalej...
No! Jasne, że lepiej! Resztę niech sobie dośpiewają w tym duchu i przełożą do tyłu, na te swoje krzaczki. A, chrzanić Du Fu; chuj z nim! Wchodzi gładko w pochwę wspomnień żeby wypuścić nasienie myśli: córki węży, córka jaguara. Dżungle zapomnień. Jeszcze nie czas. Myśli szumem muszli, myśli. Tak... A, co tam podobieństwo! Wyłącznie cyprys i nic poza. Drzewo jak drzewo, może być stary, gruby bambus. Albo ten, jak mu tam, migdałowiec. Za słodko. Amygdalus. Nie! Nie! Nie! Żaden amygdalus.
MINOTAUR
Jakiś czas temu stał na szczycie Wielkiego Muru z dłonią nad czołem, patrząc za kluczem żurawi, teraz schodzi labiryntem gór i pogruchotanych, rozsypujących się cegieł. Tworzywo dla Rosendorfera; dokładnie!
- Pamiętasz psalm sto trzeci?
- Jasne!
Dni człowiecze, są jak trawa,
kwitnie jak kwiat w polu;
ledwie wiatr muśnie, a już go nie masz,
i miejsce, gdzie był, nie rozpoznaje go...
- Jestem jak Minotaur - pośrodku labiryntu, a skoro jestem pośrodku, no to muszę wreszcie coś postanowić. Przekroczyć siebie. Ciekawe, jeśli przekroczę, którego mnie spotkam po drugiej stronie? Tamtego, axolotla na inwalidzkim wózku w lutym A.D. 1987? Przekroczę, kurwa, jak Mojżesz. Epi oinopa ponton. Choć tamten powiedział: dwa razy nie wejdziesz. Ἡράκλειτος ὁ Ἐφέσιος... Eh, to się jeszcze okaże! No, a jeśli gdzieś tam, w ciemnościach wczoraj, czeka jakiś Tezeusz, z moim losem napiętym jak nić w gibkich rękach zabójcy? Zmierz się! Odważ się! Zawsze zdążysz mu zamienić kolory żagli, ty ciołku! Paradoks jego okrętu!
- Herbaciarnia! Wykrzykuje Doktorek dziarskim krokiem kolonialisty wkraczając. Wkraczają. Siadają. Czekają.
W herbaciarni, traktowany z szacunkiem należnym gościowi z obcego świata długonosych, pije dziwną zieloną herbatę, która nie ma nic wspólnego z jego oczekiwaniami od zielonej herbaty. Lung Ching? Co to jest, napar z trawy? To ma być herbata? Szczyny! Może, gdyby z bergamotką, bo tak... Pamiętnik? Tu! Rozłamuje wróżebne ciasteczko...
...bądź bardziej wytrwały i nie porzucaj raz obranej drogi.
Po każdym końcu następuje nowy początek.
Człowiek szlachetny stoi pewnie i nie zmienia kierunku... Pierdu-pierdu! Ale, kto wie? Jestem przecież koza; Wei, najjaśniejsza z gwiazd gwiazdozbioru Skorpiona. Ósma gałąź ziemska i element: ziemia. Moim kolorem jest kolor żółty, żywiołem: Yin i Yang, a kierunek: południe-południowy zachód. Moje choroby są związane z płucami. Kaszle. I jak tu nie wierzyć w gusła? Siorbie herbatę zadowolony, że Olek wreszcie podpisał tę cholerną umowę; uwijali się, jakby mieli potrzebę i teraz - Delhi.
- No, to Harikriszna, Indianie!
TRZECIA KSIĘGA DŻUNGLI
Na płaskim wierzchołku wzgórza, płaskie bungalowy; noc, w mrokach odgłosy rzeczywistej księgi Dżungli: chyba ryczy tygrys, wrzeszczą ptaki i małpy; kołyszą się palmy, szeleści piach pod kopytem gaurów; opary. Aksis? Może aksis. A jak nie on, to ten tłustowłosy, świńskoryji pijany Niemiec z czwartego domku po lewej. Heilhitler się z panem!
Zarośnięci jak Sikhowie tyle, że bez turbanów, siedzą na kamieniach przed bungalowem; palą, piją wódkę, rozmawiają półgłosami. Jako bywalcy nobliwych muzeów, galerii i ubogich pracowni w mansardach, kochankowie jednotomikowych poetek, przyjaciele bardzo niewybitnych reżyserów i kiepskich scenarzystów, rozmawiają o światach dobrze im znanych.
Jacy są? A obaj są wysocy, raczej postawni i mają błękitne oczy. I obaj są rudawymi szatynami, lubiącymi alkohole, kuce szetlandzkie, misia Colargola, pączki z budyniem i każdą niewiastę tańczącą przy blasku księżyca, gdy brzęczą bransolety na jej przegubach. Shakti. Byli po stronie Albionu w wojnie o Falklandy w osiemdziesiątym drugim, są przeciw Albionowi w jego wojnie o Ulster. Irlandia dla Irlandczyków! Ryczeli pijani z gniewu. Powinowactwo alkoholików, wszak u Joycea byli w rodzie dwaj Stasie, a kto ma Stasia w rodzie, tego Polak nie ubodzie, na Pana!
YIN -YANG
Pierwszy z nich, zwany przez Drugiego bez żadnych konotacji Sahib, Babu, Efendi lub Sire czy jeszcze inaczej, to chętny do wypitki easy writer, druidyczny opowiadacz historii nie zaistniałych, choć możliwych. Przyłapywano go nieraz, gdy świętokradczą dłonią spisywał prywatne życie Minotaura; jest nowożytnym Sindbadem, poszukiwaczem na wpół zatartych inskrypcji z dymiących mordem trzewi labiryntów, spróchniałych pni świętych dębów i tych wyżłobionych na wiatach przystanków tramwajowych linii 9 i 11 wiodących na plażę. Przekłada z ichniego na swoje opowieści Feniksów, jakby mu za to płacili. Serce jego nie zna trwogi, a wszelakie dobra ma w dupie.
Czy jest możliwe, że jest poetą? Wszak składa wersy, zdecydowanie ograniczając układ poziomy na korzyść pionowego, tu i tam wtykając rodzynek metafory albo mistyczne słówko. Ta... To jest możliwe, jest. A nawet, gdyby...
...Czy rości sobie pretensje? Zdecydowanie - nie! Pisanie traktuje jak archiwizowanie obrazów powstających najpierw z myśli, potem ze słów na papierze, a roszczenia ma tylko czasami i to wyłącznie do większej ilości soli, szafranu lub majeranku w potrawach: nieskąpo, proszę! Ma swoją teorię na temat poezji; nazwał ją totalną. Poezja Totalna! Widział kto kiedy takiego durnia? Jaka przyświeca mu gwiazda? To nie jest gwiazda, tylko lampa Aladyna, owego transwestyty, będącego w istocie przebraną za mężczyznę lesbijką-Shakti z kolczykiem w nosie i brylantem w pępku, wirującą biodrem i łonem pełnym piżma.
DRUGI ZWANY DOKTOREM, GREKIEM, OLKIEM albo JAK CHCECIE
Ten drugi, zwany Doktorem, Grekiem lub Macedończykiem, fidus ahates Pierwszego, ma na imię Aleksander, jak dzielny syn Filipa, nieokiełznany uczeń Arystotelesa, pogromca Dariusza. W którym to było? Mniejsza z tym. Daty! Są jak młyńskie kamienie na lotnych biremach: balasty. Trzysta trzydziesty trzeci? Jasne! Hoplici jego falangą jego.
Doktor zwany jest Doktorem dlatego, że podrywając dziewczynę mawia pobawmy się z tą damą w doktora. Mąż ów porzucił ongi uniwersytet w Paryżu oraz togę i biret żakowski dla czarnobrewej jak Thaïs dziwki imieniem René. Straciwszy na nią miłość, dobytek i kufry pistoli, zyskał klątwę oślepłego z żałości ojca swego; teraz jest niczym Kordelia, Pizarro i sir Walter Raleigh w jednym. Czym się para? Handluje z kupcami Orientu i wszelkich terra leones; eksploruje złoża, gdzie nie masz granicy i oko celnika nie sięga, a ucho jego i lewica jego otwarte są tylko na brzęk szekeli. Do kroćset! Istny Fenicjanin, ten człek Renesansu. A René? Olo, wsparty krzepko o sarisę mamony powiada:
- Bóg z nią!
- Ale ja jestem po twojej stronie, Aleksandrze - rzecze Bóg.
- No, to głupio wyszło, Panie...
OBIEKTY NIEBIAŃSKIE
Gentlemani są nieco pijani, co składają wyłącznie na karb zmęczenia i usprawiedliwiają tysiącami mil przebytych azjatyckich dróg, z których każda (mila) liczyła sobie nie mniej jak 1609,34 metra i była w katastrofalnym stanie; wspinaniem się i schodzeniem ze stromych, granitowo-gnejsowych zboczy Wielkich i Małych Himalajów oraz Siwaliku; hektarami parnych dżungli pośród węży pełzających i pasiastych tygrysów; bezmiarami leniwych nurtów rzek, choć tkwiły w nich gawiale i krokodyle; błękitnymi oceanami pełnymi rekinów. Wszystko to przemierzyli, a nie mieli osiołka (Equus asinus), ni dżonki. Siedzą w srebrzystej poświacie i mroku: dobroduszny El Conquistador i twardy jak spiż - poeta zwątpień. Paląc zioło i pijąc alkohol, motają różne wątki w oczekiwaniu na zaćmienie księżyca i koniec roku, który wypadnie dokładnie za 136 dni.
- Ile razy dostałeś od życia solidne manto, Sahib?
- Ile razy dostałem solidne manto? Cóż za solidne pytanie! Lepiej nie pytaj, Macedończyku! Po każdym solidnym laniu, oczywiście, obowiązkowo solidne chlanie, popatrywanie z drinkiem w ręce przez brudne szyby...
...Zwróciłem uwagę na fakt, ze firanki w takich chwilach wyjątkowo mocno emanują nikotynę, perfumy i pot kobiet, które jadły i spały z tobą, nim zbudziłeś się o poranku gdy kląskał szpak, by lapidarnie stwierdzić: poszła w pizdu, zabierając - zapewne przez pomyłkę - nielichy kawał mojej wątroby. Shyloczki. Uszminkowane piranie.
- Temat dla Boscha, rybeńko.
- Jasne... W takich chwilach telefon nie dręczy fałszywym: no, co z tobą, stary? Skończyło się! Gorzki szlam w ustach. Jacy przyjaciele? Jakie interesy? Pocieszasz się: właściwie, zwyciężyłem. Właściwie wygrałem: spokój i szerokie perspektywy możliwego. Wszystko ab ovo! Zwyciężyłeś? Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a będziesz stracony, jak Pyrrus pod Ausculum. W 279 przed Jezuskiem to było. W tym samym, w którym Celtowie czy Dardanowie zaciukali Pioruna Keraunosa, syna nomen omen, Eurydyki...
- Patrz, Sahibie...
- Co? Nic nie widzę...
- Mamy nareszcie zaćmienie, to i nie dziwota, że nic nie widzisz.
- Aaa, teraz widzę!
Chwilę milczą patrząc na smoliste niebo i wąski sierp księżyca.
- Więc było to w tym samym, w którym Celtowie czy Dardanowie zaciukali Pioruna Keraunosa, syna nomen omen, Eurydyki...
A DEDALUS SIĘ PĘTA, JAK PIJANA KURWA
...Cholera, Greku! Czy ten smętny kutas musi się tutaj cały czas pętać, jak pijana kurwa?
- Kto, Sindbadzie?
- Jak to, kto? Dedalus! No weź tylko i sam zobacz o, tu: JJ/U-29;13-18.
- No, widzę... Widać chłopina musi, Sahib. Może nie ma gdzie usadzić smętnego kawałka dupy swej zbłąkanej duszy? Olej go! Zapomnij go! Więc kiedy to było? Aha, nieco przed Jezuskiem! I co dalej?
- A więc, zwycięstwo...
...Zwycięstwo i Pyrrus. Zważ: poślubił ci on Antygonę, pasierbicę Sotera, którego dzieci miały u bogów przechlapane. Nie wyszło mu na dobre to małżeństwo, nie. Ananke, synu! Wspomnij Lizandrę, do kaduka! W Argos rzucił piesze zastępy walecznych, najeżone włócznią, mieczem i testosteronem oraz czarnogrzywą konnicę drwiącą ze śmierci. I padł, kiedy dostał w łeb ciężką, czerwonopaloną dachówką, ale przedtem wkłuto mu w bok czubek sarisy. Bohatyr, zawsze w pierwszym szeregu: złoty hełm z kitą purpurową, złoty pancerz i takież - jajowór i nagolenniki. Wyczuwa rzeź skurczoną moszną. Łbem i trzonem szyi zapłaci za swoją brawurę i śmiercionośną pomyłkę generałów swoich. Wygra tylko (lub aż) chwalebną i wiekopomną śmierć. Straszny kutas! Powiadają, że to niejaki Zapyros, wolny najmita go zdekapitował, Greku.
O, UTRACONE ŚNIEGORAJE!
- No, więc on też sobie myśli, że właściwie zwyciężył. I pewnie dlatego nie ma teraz ani rodziny, ani przyjaciół i nie prowadzi żadnych interesów. Kolejny straszny kutas! Szlam złudzeń. Od czego by tu...
- Od kobiet, Sire, zacznij od kobiet.
- Od nich się wszystko zaczęło, Greku!
Hawwah. Dalila. Klitajmestra. Helena. Thaïs. Kleopatra. Messalina. Lukrecja. Kitty O`Shea. Sprawdź u źródeł Nile złudzeń... KsR-2:2. O, tam szukaj pilnie, znajdź, nim ci wypłyną oczy. Widzisz je? Poznajesz je? Cherchez la femme, do jasnej! Zapamiętaj: KsR-2:2! Przekonaj się! Miltony, Villony. O, nasze utracone śniegoraje! Cycuszek, pępuszek, różowa pizdeczka z lepkosłodką dziurką...
...Zamyka powieki, wstrzymuje oddech, przeszukuje ciemność gałek ocznych: jest! Galaretowate, bladoróżowe, ciepłe wnętrze pramacicy nasuwa się mlaszcząc na jego ciało od głowy, jakby wchłaniały go zaślinione usta gigantycznej ameby, a synapsy-nibynóżki oplatają ściśle, zaklejając oczy, usta i uszy. Trylobit bólu. Trybolit?
KAZIRODCA Z ZURYCHU
Trybolit! Co robić? Nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić: małpki znaczeń. Nie odczuwać niczego. Czuje gwałtowny skurcz w gardle, rejestrując potok śliny wylewający się z ust. Teraz znika w trzewiach Kosmosu, rozpylając się we wszystkich możliwych kierunkach naraz, jak kiedyś w lesie pod? Wewnątrz? Na zewnątrz jakiegoś buka? To było wszędzie naraz. A co powiedział Jego Światłość Ole Nydahl? "TY wiesz"! Mądrala! Gówno wiem!
Trybolit; dobre słówko, myśli. Freudowskie takie. Staruszek Freud, myśli. Psychoanaliza psychola, myśli. Jaka była twoja mamusia, Dziubasku? Jaka była moja? A jaka była twoja, ty stary kazirodczy pedofilu w szpicbródkę szarpany! Podobno Herr doctor Sigismundus Szlomo Freud obracał swoją córuś. Cholera, nie znam dokładnie tej story... A może nikt nie obracał nikogo? A może...
No, to jaka była twoja mamusia, chłopczyku? Pomyśl, pomyśl! Wezykatorie wczoraj. Domina słodka i groźna? Jedynobogini władcza i karząca? Klapsa za siusiu w majtki? Słodki pierniczek za kupkę w nocniczek? O, tak, pieszczotliwa Pazyfae! Jej mleczne cycuszki do ssania. Rozstaw źrenic, kształt piersi, bioder, wzrost. Impriting. Idea fixe poszukiwana, jak perpetuum mobile. Piernikowe dłonie, lukrowane oddechy szminkowane usta... Wracały z przyjęć radosne, nucąc lala llalaaa la. Pachniały obcymi samcami. Po nich, już żadna nie będzie tą... Graale dorosłości: zaprawdę, to była matkokobieta i kobietomatka twoja. Hostia wiekuista. Smaki i zapachy jej: kuchni, perfum, bielizny w szufladce, pudrów. Kołysanki senne, dotyki...
...Pewnej nocy jej słodką wizję wytrysnął jałowym śluzem, gdy pierwszy raz czynił to pod kołderką z opuszczoną piżamką, zaraz po aniele boży stróżu mój, jeszcze rozgrzany niedawną kąpielą pachnącą żelatynową zieloną kąpielową szyszką sosnowy las, z okiem pamiętającym jej wiszące w dekolcie syrenie wymiona i a teraz umyjemy ptaszka, króliczku. Jedyna, która pieściła bezgrzesznie, nie oczekując zapłaty.
Chroniła cię przed nim, Kronosem i labrysami jego pijanych nienawiści. Utka ci całun, jeśli pierwszy wejdziesz do Hadesu między asfodele z jej sierocowdowim, ostatnim obolem w garści. Pamiętaj - omiń Lete. Pamiętaj!
...Lala lalaaalala llalaaa... Tak... Dokonaj analizy: która poza nią kochała cię naprawdę, która twoje pieniądze, która tylko seks, a która tylko seks i pieniądze. Co spierdoliłeś sam, a co one; w której chwili i w którym miejscu puściły ściegi poszwy rozsypując jak pierze, twoje życie. Nie zasłaniaj się niepamięcią, taktyką gówniarzy. Nie, to nie jest sprytne, Żuczku, jest głupie. Sprawdzi otwierając wrota do amfilady swojego życia. Sprawdź u źródeł Nile złudzeń. KsR-2:21
- A co zrobi, jeśli niczego nie wyjaśni, jeśli na żadne z pytań nie znajdzie odpowiedzi buszując w tej faktorii, jaką jest jego grzeszna przeszłość, mon Prince?
- Jako rzekłem - nie zasłoni się niepamięcią, taktyką gówniarzy. Nie zakryje ocząt, krzycząc infantylne: Nie ma mnie, matulu! Szuuuukaaaaj! Roztoczy przed sobą szczodrze horyzonty nieprzebranych możliwości i albo wstąpi do klasztoru Sant Quirze de Colera, albo zamieszka w mniszej republice na górze Atos, może Daitoku-ji czy Hemis, w Peczerskiej Ławrze albo zagości na Montenegro, gdzie jako sumienny a schludny braciszek, easy writer siebie, będzie kontynuować poszukiwania odpowiedzi na stronicach iluminowanych pergaminów cuchnących nadpleśniałym grzybem. Będzie z dzbana kamionkowego pijać zatęchłą wodę, żuć razowe chleby i nacierać reumatyczne kości wyciągiem kłączy z przyklasztornego herbarium oraz srać świętobliwie w otwór wspólnej latryny, wyglansowany na połysk kostropatymi mniszymi tyłkami. Oczywiście, od czasu do czasu będzie wecować swój nadmiękły penis, resztkę zagubionej świetności, nucąc pogodnie Te Deum laudamus...
OFELIA BYŁA ANOREKTYCZNĄ PIZDĄ?
- Na Jowisza! Nie powieli śmiertelnego O'błędu tej chudej, anorektycznej pizdy, O’Felii?
- Nie, nie powielii, bowiem wody używa tylko do umywania i picia, zatem będzie jak panawilhelmowa pieszczocha Matylda o dupie tłustej, bojowej germańskiej kobyły, która - jak powiada skryba - nawet bez jedwabnych pantalonów ważyła równo trzy cetnary; przy czym każdy cetnar licz za 4 kamienie, co się równało 100 funtom, czyli 1600 uncjom, a te - 3200 łutom, które odpowiadały równo 12800 drachmom, czyli 38400 skrupułom, te zaś 921600 granom, które z kolei odpowiadały 5068800 granikom, dając razem 40,550 kilograma.
- Co do grama?
- Ano tak.
- Mięsista piździocha!
- Piramidalnie! Ergo tandem, ważyła dokładnie 121 kilo i 65 deko, jak solidna świnia rasy Hampshire. Wytrysnęło ją pewnej bezsennej nocy z lędźwi Baldwina z Lille, gdy po sprawdzeniu czy grzmoci właściwy, wygrzmocił właściwy otwór swej połowicy, choć bywało, iże niejednokrotnie przełamywał opór jej zwieracza, zaciśniętego z pożądliwej trwogi i zmarszczonego jak wilgotne, suśle ślepko.
- A, bestia!
- Nie wnikam, czy masz na myśli jego czy ją, Greku! Więc zaistniała ona w historii świata jak zwykle tylko dlatego, że to akurat jej plemnik wysunął się na czoło peletonu pobratymców, jak plemnik tej drugiej zakłamanej dziwki, Odysowej Penelopy, zawierający wszystkie niezbędne do jej zaistnienia molekuły, w tym - lepką nić jej DNA
- Idźmy zatem po tych niciach do kłębka, Sire.
- Idźmy!
Kurewskie Μοῖραι, w przerwach od zdradzieckiego rypania, zakasując jak najwyżej kiecki, nabożnie przędły, motały i tkały wszelkie wiarygodnie brzmiące odpowiedzi na potencjalne zapytania swych wojowniczych acz - nieobecnych mężów. A mogli zapytać o niejedno i niejednego! Pono stosowną długość materii łgarstw obie kumy ustaliły dokładnie na 70,34 metra, a jej szerokość na metra pół i to dokładnie od brzegu do brzegu i od brzegu do brzegu. Moja też zawiśnie w Bayeux, obok archetypu, pachnąc bosko czterdziestoprocentowym Marquis de Saint Loup...
...Tu zwróć uwagę, Greku, że to wszystko miało miejsce, nim etalon spoczął w Sevres pode miastem stołecznem Pari, wesołej stolicy Île-de-France w owym pięknym, 1875 roku, gdy w Chinach niejaki Quang-Tsu, Chińczyk, został obrany chińskim cesarzem Chin, włosi pierwszy raz wyśpiewali włoską Aidę Włocha, signora Verdiego, oraz urodzili się germańscy chłopcy o germańskich imionach Albert (Schweitzer) i Johan Maria (Rilke), a zeszli panowie Andersen i Larousse, bajkopisarz-pierdolec i kochający dzieci podejrzaną miłością, namiętny encyklopedysta-leksykograf.
CO NIECO O ΙΧΘΥΣ
Więc, jak to już zaznaczyliśmy, w owym pięknym, 1875 roku, Niedziela Palmowa, święto najważniejsze dla prawych czciciela Jezusa ustanowione na pamiątkę jego przybycia do Jerozolimy, wypadała jak raz 21 marca, zaś 26 marca - Wielki Piątek, pamiątka męczeństwa Baranka Me-Me o zdumiewającym rybim pseudonimie ΙΧΘΥΣ, który odczytywać należy: Iesous Christos Theou Yios Soter czyli: Jezus Chrystus Boży Syn Zbawiciel...
...Oczywiście, mój Synu, Wielki Piątek poprzedził 4 lutego tłusty Czwartek wraz z obfitością pączków, ochlajem i całym tym świętojebliwym bajzlem, kiedy to pije się i rucha na potęgę, jakby Wszechświat miał się skończyć nazajutrz, o świtaniu. Rok 1875, był ważny dla świata, bowiem wtedy właśnie wydano Niewolnicę Isaurę Bernardo Guimarãesa, dzieło o zezowatej Mulatce, a to mi jak raz kogoś przypomina, Greku!
- Nathalie?
- Tak, po trzykroć!
- Ale, ale, a propos leit-motivu anorektycznej pizdy - O'Felki: nie lepiej, Sahib, pieprznąć się z gałęzi do wody, niż mniszyć w zaduchu klauzury?
- Wodobójstwo? A gówno! Raczej autodestrukcja w oparach wódy z jakąś dziwką zawieszoną wargami u mego fiuta, jak na czopie od piwa. Zwróć uwagę Greku, że ja nie pytam, w jakie kręgi mnie unoszą wizje wspomnień i czy między piwem a stopką wódki jest jeszcze przestrzeń dla Yeatsa z tym jego All day in the one chair From dream to dream and rhyme to rhyme I have ranged In rambling talk with an image of air: Vague memories, nothing but memories ani nie wydrążę w dyni na halloween nor o krętych znaczeniach Whitmanowskiego I have all lives, all effects, all causes, all germes, invisibly hidden in myself…
- A czego ty właściwie szukasz?
- Ja, mon amie, poza tym, że nie wiem, czego szukam, szukam odpowiedzi na doskonale dojrzałe pytanie: co dojrzał Hamlet w pchnięciu Laertesa, gdy jego dłoń poczuła lepkość krwi: martwa matka z dłonią zaciśniętą z pasją na wąskim pucharze (smakowicie freudowski widok przyznasz); zatrute perły wytryśnięte spazmatycznie na biust macica o, perłowa! O!
O, to dla niej!
To na niej!
To w niej!
Bratobójca i mężobójczyni, chwacka klacz nieujarzmiona, spinali martwą klamrą niemej retoryki ab ovo i ad finitum tak, z pewnością tak; jest w chłodzie marmurowych posadzek coś z gąbki ssącej tragedię pod dojrzałymi tytułami: Co dojrzał Hamlet ? i Oto jest pytanie!
- Czy padło - Do klasztora, Ofelio?
- Wątpię. Idźmy dalej za sztychem, Greku: mogło się zdarzyć, że kiedy podaje uzdę zsiadając, to miękkie obuwie głucho na dziedzińcu szeleści miękko; on nie widzi że rozety okna z komnaty mieszczą rozetę oka matki za krowie wymiona ściskanej krzepkim chwytem stryja, gdy niżej... nie tam! jeszcze niżej powiadam, nie tam gdzie on je, lecz gdzie jego jedzą! w podziemiach spoczywa na katafalku własnej dupy on, ojciec jego zatruty blekotem, a może bełkotem w ucho wsączonym gdy zażywał śmiertelnej drzemki trawiąc sztokfisza i chleba razowego pajdy, śniąc o powabach tłustych ud cycków brzucha rudowłosej szparki filuternego oczka łaziebnej panny służącej rozmarynu między chwastami, aż tu nagle: CIACH! Więc podając tę uzdę: Horacy! I - o, Horacy! Woła i wie już, że po wszystkim jest i jak najbardziej musi w metodę szaleństwo przyoblec. Cięcie!
- Sahib, ja proponuję odsunąć tę donicę z lewej, więcej na plan jaskółek czy lelków i jakiś ruch tutaj bardziej kmiecie drobiu stadko ożywić zanim się trupem zasypią marmury wieczorem przy piwie precelkach z ręką między udami tej tam ryżawej...
- Tej dziwki, która statystując, asystuje Ofelii przy kolacji? Jądra poprawiam, krawat rozluźniam, piwem zapijam, powiadam krzepko, że cały ten hamlet, to jedno wielkie nic i że najlepiej jaki kawałek czegoś treściwego; jakieś pościgi, trochę seksu, a nawet dużo seksu - krew pot i łzy i policja wiecie: akcja akcja akcja, a jeśli nie to, no to coś o papieżu, jak doznał, jak poczuł, jak wstąpił, czy celibat uświęca, to ja bym do piekła... cisza na planie! Pełna erekcja. Słuchaj! Słuchaj! O, słuchaj! Kamera! Poszła!
Słuchał napisu wyrytego na czerwonoczarnym pumeksie gotyckiej cegły bazyliki w Gdańsku: En kamocha wa’elohim Adonai, a obok piękna, z mozołem wyryta swastyka; twórca był artysta, psia jego mać!
- Właśnie idziemy z Mietkiem Czychowskim do Buniego Tuska; zarezerwowaliśmy sobie u niego onegdaj świece w słoikach, szklanki do wódki, chrzan, nastrojową muzykę i świt zaokienny. Prowadzimy dwie giętkie, sprężyste, łaszące się suczo dziewczyny. Gawędzimy o tajnikach; Mietek uważa, że sztuka musi oddawać wewnętrzne pasje i namiętności twórcy; obojętne czy dotyczy pisania poezji czy malarstwa.
Sztuka jest światłem wewnętrznym, jak wewnętrzne lustro odbijające niczym księżyc, wszystkie normalne stany duszy artysty. Brzmi to banalnie, wiem; jak natchnione bredzenie romantyków, ale tak właśnie jest, nie inaczej. Co to znaczy: normalny stan duszy? Normalnym stanem duszy twórcy, jest jego przyrodzona zdolność postrzegania i emitowania w dowolnej formie i materii siebie samego.
Mam wrażenie, że jest obecny; zamyślony, zasłuchany w to, co on napisał, a ja czytam. Widzę go w wyświechtanej marynarce, koszuli w kwiatki, jak z pochyloną głową wpatruje się w siebie i opisane pejzaże swojej duszy. I zawsze jest kiepskie, żółtawe światełko żarówki niemocnej; zawsze jest jakiś mrok poza czytającym, realnym mną i ezoterycznym Nim; mrok pełen światów nienazwanych, a pulsujących jakimś lękiem i bólem. Jakąś przeszłością, co lepiej, żeby nigdy się nie wydarzyła...
STAWIA MU PYTANIE
- Jak pisać dobrze? Stawiam mu pytanie.
Dobrze pisać. A dobrze pisać, to pisać myślą. Najpierw myślą niemą; smakować obrazy i nakładać na siebie wieloznaczność słów, które te obrazy oddają. Aż się wypełnią tobą i tym, co powiedzieć chciałeś: pełne bólu, bo wszystko jest cierpieniem, nawet miłość: kiedyś przeminie, dlatego - kochaj z bólem, pisz z bólem i cierp, że mogłeś jeszcze boleśniej, a starczyło ci tylko na parę lichych słów.
- Uważasz, ze nie ma skończonego wiersza, obrazu, powieści?
- Ty na prawdę myślisz, że ktokolwiek napisał cokolwiek, co byłoby ostateczne, skończone, doskonałe do tego stopnia, że już lepiej nie można? Przecież nawet świat, choć sporządzony ręką Boga, można udoskonalić. I nie jest to żadna herezja: mamy prawo i zadanie poprawiać w nieskończoność nasz świat dookolny, a co dopiero - naszą twórczość, która najczęściej nie tylko nie jest doskonała, ale nawet dobra w stopniu zadowalającym.
Ile ja, synku, napisałem w życiu bzdetów, chłamu, zwyczajnej makulatury, której teraz wstydzę się i do końca życia będę wstydzić! Piszesz ledwie parę lat, poczytaj, coś napisał w pierwszym wierszu i zobacz, jak napisałbyś to dziś. A jak popatrzysz na to za dziesięć, dwadzieścia lat... Nie, kochany; nie ma dzieł skończonych!
- No, więc prowadzimy te dwie giętkie sprężyste, łaszące się suczo dziewczyny, zadając szpanu kultury; w końcu jesteśmy artyści, nie?
- A którzy to niby są, ci artyści? Pokojowi malarze naścienni, jak Adolf? Klozetowe poetki, linoskoczkowie, dziergaczki brabanckich koronek na klockach? Muzycy weselni, emeryci-świątkorzeźbiarze? Finezyjne w swym rzemiośle kurwy? Twoim zdaniem, Sindabdzie, każdy jest artysta?
- Nie każdy. I nie dlatego, że ktoś coś maluje, pisze czy rzeźbi. Tylko ten, kto czując wszystko inaczej, wyraża swoje odmienne uczucia właśnie za pomocą sztuki.
- A dlaczego pan artysta raczy czuć inaczej?
- Pan artysta czuje inaczej, bo cierpi. Zazwyczaj na jakąś odmianę choroby duszy, która utrudnia mu zwyczajne siermiężne odbieranie rzeczywistości, jej widzenie i akceptowanie w postaciach i formach w jakich ją zastaje. Nierzadko przyczyną jest choroba umysłowa.
- Schizofrenia?
- Mąż światły, profesor Dąbrowski powiedział o niej, iż jest pozytywną dezintegracją osobowości dodając jeszcze, że bez niej, nie byłoby artystów. Nadwrażliwa bolesność codzienności, odmienne stany postrzegania hierarchii wartości to cechy wspólne wszystkim wybitnym artystom obdarzonym tym czymś, talentem. Albo, jak wolisz, darem i przekleństwem bogów.
- A spotyka się jakichś normalnych, nieporażonych szaleństwem dzieci Apollina?
- Nie, się nie spotyka. Apologeci nie notują wypadków, w których życie prywatne artysty porażonego byłoby bezbarwne: żona, dzieci, kapcie; rutyna. Którzy porażeni nie są, artystami nie są; tako rzecze Zaratustra. Jeśli pracowity stoczniowiec, hutnik, zamiatacz ulic, roznosiciel mleka czy wojskowy są zwyczajnymi ludźmi w rozumieniu zwyczajności, to artysta jest herezjarchą łamiącym reguły tej normalności i dlatego skazany na męki piekielne już za żywota swego.
- Takich akurat znam
- Nie wątpię. Po ekscesach ich poznacie ich, powiada Pan. Wloką za sobą jak kometa ogon, okresy kosmicznych ciągów alkoholowych, przeplatanych doświadczeniami z narkotykami i nieuniknione szaleństwa w towarzystwie dam upadłych.
- Rozumiem aż nadto, Sire!
- A, w konsekwencji, co mamy? Mamy haniebne procesy rozwodowe, karczemne łamanie prawa, rąk i krzeseł; podbijanie oczu, zakłócanie snu sprawiedliwym obywatelom wymagające interwencji i tłumienia manu militari. Pojawiają się jakieś nagłe pędy do włóczęgostwa i gier hazardowych aż tu raptem, patrzaj no tylko, wraca taka jedna z drugą łajza do domu i od razu mordercze zmagania z samym sobą i sztuką! Praca po nocach, udręczenie umysłu i ciała w krwawej wojnie z gliną, farbami czy piórem. Niedojadanie, niedosypianie: sztuka czeka! Passio vitae! Udręka i ekstaza cierpienia. Eh, set fugit interea...
Na rafach marzeń rozbijali jak zbłąkane statki swoje życie, topiąc przy okazji wszystko. Zostawiali finansowe i psychiczne długi wystarczające ich bliskim na długie lata bajecznej nędzy. Z chmur prześwieca neonowo Buni, załamując ręce. - Wielem tego pozostawił wdowie mojej i moim dziatkom! Rachunki za prąd, wodę, gaz i ogrzewanie przekraczały apanaże moje. Włóczył mnie po sądach sąsiad zza ściany! Wilkołak! Zrozumcież nareszcie! Znika w pyle łez.
[---]
CZYTAJ WIĘCEJ NA:
http://www.words.power-forums.com
http://www.plezantropiatimes.eu/pr4.htm
Copyright © 2006-2007 Plezantrop. Copyright © 2005-2007/8 "Dziennik Znaleziony pod Murem". All right reserved. Plezantrop, "Dziennik znaleziony pod Murem" are registered trademarks or trademarks of Plezantrop in the Polish and/or other countries. |
|
Ostatnio zmieniony przez Plezantrop dnia Czw Paź 16, 2008 8:22 am, w całości zmieniany 60 razy _________________
  |
|
|
|
 |  | | O ŚNIEGACH, PLAGIACIE I DIES IRAE |
|  |
Wysłany: Sro Maj 30, 2007 12:27 am |
|
|
| Plezantrop |
| Dziad z Loży |
 |
 |
| Dołączył: 08 Kwi 2006 |
| Posty: 7381 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
DROGA W DÓŁ
(fragment)
[...]
Schodząc ze wzgórza objuczeni plecakami nasłuchują odgłosów prapuszczy. Wędrują bez określonego celu po prostu, wędrują oddychając głęboko leśnym powietrzem, wydmuchując z płuc pamięci zapachy i odgłosy miast w których ostatnio mieszkali Delhi, Katmandu, Szanghaj, Kolombo, Paryż, Berlin, Amsterdam, Bruksela, Rzym; ich lotniska, hotele, motele; identyczne szumy klimatyzacji, identyczne frotowe szlafroki, klapki kąpielowe; cukierki kładzione na poduszkach. Do not disturb na tekturowych paskach i coporanne buczenie odkurzaczy.
- Pod czaszką kłębią mi się ścieżki jakichś wierszy, które powinienem napisać, wątki jakichś opowiadań, które chyba powinienem napisać. Może i powinienem, tylko - komu?
- A taki Kafka, komu pisał? Szufladzie. Szufladzie pisał Kafka i dobrze mu było z takim pisaniem, Sahib.
- Mnie też jest z tym nienajstraszniej, Olo.
Zimna woda strumienia orzeźwia. Czuję głód, ale nie chce mi się ruszyć po żarcie. Jest na tyle dobrze, że mam ochotę położyć się pośród sagowców i zasnąć. Więc się położę i zasnę. Nie muszę niczego musieć. Wszystkiego mogę nie chcieć. To jest, jak na razie, moje największe w tej chwili osiągnięcie…
Milczą zasłuchani w ciszę i zapatrzeni w szmaragdowo-brunatną zieleń. Palmy sięgają nieba, a promienie słońca, wirujący kurz, srebrzyste pajęczyny zmieszane z dymem dalekich, niewidocznych ognisk, ociekają tajemnicami prastarych baśni.
Szczyt ponad nimi przypomina zakapturzonego garbatego mnicha, patrzącego w nieskończoność przestrzeni: jam tu! Beczenie kóz i głuchy klekot kozich dzwonków, rozbijają poranną ciszę: lusterko, które upadło wróżąc. Nadlatuje z wiatrem gęsta, cierpka woń węglonych ciał. Awatary są bezwonne.
O CZYM PISAŁ?
Miał w dorobku sporo innych opowiadań pisanych dawno temu na gdańskiej Zaborni i w Kościelcu Kujawskim, w Szczecinie, na Wyspie Sobieszewskiej, na Helu i później - w stu innych miejscach na ziemi. Oczywiście, jak zwykle pisał do szuflady. Jak przerażony Franz.
- I o czym opowiadał swojej szufladzie? – Pyta Doktor.
- O wszystkim, ale głównie o kanoniku Fulbercie z Dijon, straconym na stosie, a w którego usta wkładał pochwałę sodomii i bluźniercze słowa, że kobieta jest aniołem przez fakt posiadania cycków i pochwy i zapach dzikiej lochy w rui, kiedy uda zaciska na jego karku.
- Heretycko i diabelsko to brzmi, Efendi! O czym jeszcze pisał rozwijając wersety swoich myśli?
- O Pompejach i cementowym odlewie dziewczynki z Twarzą wtuloną w ziemię. O tym, co wówczas myślała? Nie, nie co czuła, tylko co myślała, kiedy piroklastyczna masa zaczęła oblepiać jej wypięty tyłeczek? Mamo? Kochany? Gdzie jesteś, babciu?
Szła nucąc od winnic na zielonych stokach Vesuvio w kierunku lazurowej Zatoki; niebawem rozegrają się w okolicy dramaty Pliniusza, gołębicy w spopielonym gniazdku i psa, którego zapomniano zwolnić z łańcucha.
Pisał o beczułce znalezionej opodal Motławy podczas wykopalisk pewnego roku, a którą bezmyślnie rozbito niszcząc podeszwami gumowców galaretowatą masę, wino z XVII wieku!
- Jakie to było wino?
- Co się po nim przyśnić mogło?
- Co się czuło po takim winie, dotykając piersi dziewczyny?
- Jakie się słyszało muzyki i jakie mogło napisać wiersze?
- Jaki to był motyl nie pytaj, bo ustaliliśmy, że nie Ptasi.
Wiatr od Himalajów nawiewa do głowy popioły, woń siarki, liście i piasek. Popiół i siarka od Pompejów, liście od Bramy Oliwskiej, piasek od Zatoki, on szura sobie butami w trawach, ociera piasek z oczu wydmuchując z myśli popioły wczoraj i siarkową woń dzisiaj.
Jeśli zakrzyczy mewa, szuka jej oczyma: trzeba zobaczyć jej krzyk, jak zobaczyć należy drzeworyty Vesaliusa, tyłeczek kamiennej dziewczyny z Pompejów; powąchać smak bezsensownie zniszczonego siedemnastowiecznego wina i zadumać się nad owymi słowami, Olo, mówiącymi że ”rankiem 29 maja 1453 roku upadł Konstantynopol. Dobiegła końca pewna epoka. Noc, która zapadła nad Bosforem, pochyliła się nad oknami kopuły kościoła Hagia Sophia, zacierając mozaiki z wizerunkami cesarzy i aniołów, porfirowe kolumny, onyksowe i marmurowe posadzki, roztrzaskane sprzęty i wyschnięte kałuże krwi, przykryła i pochłonęła także Bizancjum - na zawsze”, co stwierdził pan Roger Crowle.
- Mąż elokwentny co się zowie, Babu!
- Podobno Konstantyn, Basileus Konstantynopola w obliczu zastępów Mehmeda powiedział, że jeśli ten pozwolił mu zachować władzę i wiarę, on podda mury.
-I władzę? Cóż za trefniś na Jowisza?
- Szaleniec boży! A kapitulacja musi być całkowita lub nie jest kapitulacją. Kiedy lew zdobywa stado lwic, zabija wszystkie ich młode: nie jego są. Władzy nie może grozić mściciel pokonanych lędźwi. Zauważ: Klaudiusz i Hamlet. Zbrodnia i kara. Ananke to passio et mors każdego z nas, Przyjacielu. Czegoś z naszego życia nie wykarczowaliśmy z korzeniami. Dharmą zbudowałem swoją Karmę.
[...]
O ŚNIEGACH, PLAGIACIE I DIES IRAE
(Fragmenty)
[...]
Śnieg na graniach o tej porze roku i na tej wysokości przybiera szmaragdowy odcień. Patrząc na zielone pola u stóp gór wspomina, jak to kiedyś napisał opowiadanie, które opowiadało historię nadmorskiej wsi wypalonej suszą; story rybaków, syren, zardzewiałych podwodnych łodzi i utopionych marynarzy. Myśli szumem muszli, myśli. Było o niepojętym dies irae i zrozpaczonym wiejskim kościółku, który w akcie buntu wyrywa się z fundamentów i porzuca wioskę. Taka alegoria.
- Czego alegoria?
- Ludzkiego bytu, Olo.
Pomysł z uciekającym kościołem i parę innych, kilka lat później skradnie mu literat z Wrzeszcza Paweł, sąsiad jego kolegi Zbyszka, jegomość wówczas nie nazbyt znany, ale już dobrze rokujący za przyczyną świętej Matki naszej, Kościoła rzymsko-katolickiego i katakumbów koneksji.
- A, szelma!
- No, więc napisał to opowiadanie z kościołem-który-uciekł i licznymi bohaterami w rodzaju plebana Łukasza, filuta Emilianusza, Anny-Czarownicy czy Burmistrza. Miał w szufladzie sporo innych, napisanych na gdańskiej Zaborni, w Kościelcu Kujawskim, w Szczecinie, na Wyspie Sobieszewskiej, na Helu oraz w stu innych miejscach na ziemi ale że jak zwykle pisał do szuflady, to wiedziało o nich kilkoro przyjaciół..
- O czym opowiadał tej szufladzie w opowiadaniach swoich? Pyta Doktor.
- A na przykład o pięknej kobiecie, osobistej Śmierci Emilianusza; Śmierci, która zakochuje się w swoim podopiecznym i miast go pozbawić żywota, na szyderstwo Panu pieprzy się z nim, jak się pieprzy zakochana baba.
- Albo?
- Albo o podwodnych motylach i ptakach, i piracie, którego na grób ukochanej sprowadza z Karaibów do ojczyzny cień albatrosa na wodzie i o tym, jak słodko i zaszczytnie est siedzieć w więzieniu pro patria mori nawet jeśli potem patria będzie mieć w dupie wszystkich, którzy dulce et decorum cierpieli dla niej lub polegli. Co bywa, jak sztormy na Biskajach, upadki tysiącletnich imperiów czy franca wykryta w ślinie ukochanej niani.
DON PABLO JAKO OSOBISTY PROTEST JEGO
Niczym demiurg powołuje on do istnienia nadmorskie słoneczne wioski i małe, schludne miasteczka pełne bruków i postaci przepełnionych melancholiczną magią, noszących dziwaczne imiona, jak pani Magnolia, Serpentynka, Gladiola, namiestnik Hrycwa, Pan w Kapeluszu albo Urzędowa Poetka. Tworzy nastrojowe wersy o cyckach kobiecych, pulchnych udach a wszystko okrasza jeziorami, tatarakiem, perkozami i skrzekiem żab. Pisząc, nie zapomina o Don Pablo, szlachetnym predatorze pożerającym zwłoki niewinnych dziewic. Rzecz o czasach i życiu po tym, jak jebnęła bomba protonowa czy jakaś tam, co jest osobistym protestem autora przeciw kanibalizmowi, jaki się uprawia bez wdzięku a szczodrze w Afryce dwudziestego wieku, aby mógł działać komputer, Macedończyku.
- A jeszcze?
- A jeszcze napisał wierszoscenariusz dla Viscontiego bez nadziei na to, że ten go kiedykolwiek przeczyta w rodzinnym wnętrzu.
- To po co pisał?
- Żeby był w przestrzeniach Wszechświatów.
oddychanie to nie tylko spiżowy dzwon
trącony skrzydłem albatrosa i niezależna od nas
czynność pochłaniania świetlistych drobin wspomnień
ona miała sukienkę w groszki a babka nalewała herbatę do imbryka oczywiście chińskiego
to również sztaluga miękko pomiędzy nogami górskich jodeł
pachnąca żywicą i zwierzęciem: wilczo
a w trawach kromki chleba jakaś butelka
podarty list ot, motyle białe wirujące
i tors dziewczyny o piersi aksamitnej
wenecja odór szlamu złocony stiuk
zapach oliwy i szminki
stanik na oparciu kopia piety i cherubiny nimfy
giovanna blada ruda spocona śni oddychając kurzem via
szczęśliwa ową nieczęstą statecznością kurewstwa w łożu
pierścionki włosów zadarty paznokieć
ślina w kąciku ust i trzęsienie gałek
proces spalania wewnątrz komórek sepii wspomnień
byliśmy myślę albo jesteśmy myślę żywiczną esencją pamięci
dziwnym kondensatem płaczu śmiechu wzruszeń ramionami
ech, było minęło
jakaś inna smaruje mi teraz kromki dzwoniąc bransoletką
wdzięcznie z włosami wierzby w mazurkach chopinowsko
i z klawiaturką palców na ramieniu paluszek w kąciku ust
a, to pięknie: ta linia jak sosna
ten wiersz jak wachlarz: motylokształtny
wchodząc na stopień nagle zatrzymam się
to tak mam napisać?
i zbraknie mi w palcach porcelany
czajnik w kuchni: herbaaataaaa!
więc oddychająca inna rozstawi filiżanki pamiętając
innego usta palce na piersi w środku nie moje
i księżyc w oknie /pamiętasz?/ ptak gałąź
o, serce moje! o, duszo moja!
byrony! wordsworthy! shelleye!
wirujący w herbacie listek mojego wczoraj
wiruje krągłym westchnieniem jej jutra
jakby nam stopy polizało morze
to jest oddychanie
KTO JEST A KTO NIE JEST PROZAIKOPOETĄ?
- A zatem jest i poetą, i pisarzem?
- Ale skąd! Tylko opowiadaczem historii nie zaistniałych na jawie; jak nie jest poetą tylko człowiekiem piszącym wiersze, które czasami ktoś przychylnie doń nastawiony oceni przychylnie. Na przykład jakaś adeptka poezji, która chce z nim legnąć w łożu, jak to poetka z poetą. Ktoś jeszcze? Może serdeczny przyjaciel w przypływie pijackiej czułości? Może. A może jakiś literat uznany? Tak bywało.
- Więc, do jasnej cholery, jest poetą?
- Ale skąd! Raz jeszcze powtarzam - do pisarzów się nie zalicza, tylko do starożytnego rodu opowiadaczy dziejów nie zaistniałych lub zaistniałych lecz - niewiarygodnych. Poeta jawi się skrzydlato pochylony nad czarą marzeń, delikatnym palcem ściskając gęsie pióro, a on zazwyczaj jest prozaicznym skurwysynem zapatrzonym nie w czarę marzeń, tylko w szklankę z wódą i jakiś kawałek dupy do rżnięcia ot, jakby pstryknął palcami i gdzie tu do jasnej, Mistrz od Małgorzaty? Owszem, czasami coś tam naskrobie, jakieś pierdóły o Hamlecie czy tryplecie, ale kogo to? Ba! Powiadają magowie, że opisywał ongi, jak to w kwiecie swych grzechów odszedł czcigodny padre tego gnojka księcia, struty bełkotem czy rtęcią kto tam dojdzie. Gdzie on studiował? W Getyndze? Odpuśćmy problem. Więc zastanawiał się, czy Hamlet był poetą chwili owej czarnej, czy też był tylko popieprzonym schizolem w rajtuzach i przy sztylecie? No, tylko popatrzcie, jak przez dzianinę z Flandrii odznaczają mu się jaja i fiut, kiedy dźga przez szmatę szmatę Poloniusza nie kumając, że robi be tatkowi Ofelii! Czy to jest poeta z tym swoim pedalskim tekstem tu bi or not albo nekrofilsko śliniąc się nad czachą Yoricka, że niby ho-ho tu były usta które całowałem? Zdecydowanie - nie! Zdecydowany zboczek! A, nic to.
[...] |
|
Ostatnio zmieniony przez Plezantrop dnia Pią Sie 10, 2007 1:57 pm, w całości zmieniany 3 razy _________________
  |
|
|
|
 |  | | SENNOŚĆ W BENARES (fragment) |
|  |
Wysłany: Pią Cze 01, 2007 10:02 pm |
|
|
| Plezantrop |
| Dziad z Loży |
 |
 |
| Dołączył: 08 Kwi 2006 |
| Posty: 7381 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
[---]
MA WYMAGANIA, JAK PANICZYK
Od snów wymagam więcej niż od siebie, myśli; niosą jutra lekkie i zwiewne jak puch słowiczy pełniąc rolę pocieszycieli w troskach, gasną ostatnie węgle gwiazd, kiedy nie śpię, a wskazówki zegara leniwie przesuwają horyzonty czasów. Dopija podłe aromaty granulowanej Azji wierząc, że w porze koguta o brzasku sen opadnie ulgą z rozpalonego czoła lśniącymi obietnicami, że będzie lepiej. Nie pękaj! Bańki mydlane Boscha, gruszki kobiecych brzuch w rude trefione kędziory Wenecje, Asyrie, Babilony, pożadań... Wiedziałaś, że harfa z ukrzyżowanym strunami najdoskonalej oddaje niewypowiedzianą wspaniałość boskich kreacji, na codzień skrytych pod ornatami przetłuszczonych klechów z ich tym ich ego te? I ja was też! Skąd do cholery harfa w knajpie na starówce? Pijesz mineralną pod papierosa, jest jakiś dzień czerwcowy czy sierpniowy roku pańskiego któregoś, gdzieś pośrodku twoich i moich baniek mydlanych życia wolniutko i niespiesznie idą karawany przyszłych dni jak tuareskie wielbłądy a kiedy zostawiłem Joannę w łóżku zaspaną jeszcze i gorącą ze wszystkimi moimi snami wyciśniętymi na jej błękitnych oczach i spalonych zaspokojonym pożądaniem ustach październik był lodowaty do opery kawał drogi przez całą pieprzoną Bydgoszcz, cholera, gdyby nie Zaniewska i Chwedczuk olałbym tę robotę o, dolci baci miał zaśpiewać Cavaradossi jasne, że nie prawdziwy prawdziwego nigdy nie było ten spocony wiecznie trzeciorzędny tenor o którym w budce inspicjenta napisał inspicjent taki gruby a śmieszny śmiesznie się śmialiśmy z grubego w jedwabiu z żabotem jakieś małe miasteczko szuwary żaby kumkają samotne wdowy bocian czy coś w tym stylu stamtąd go wzięli a my kiwając nogami nad orchestronem i jedząc kanapki z kartkową wojenną kiełbasą kurwa, powiedział to jest właśnie prawdziwa sztuka życie kanapki z kartkową kiełbasą kurwa a nogi ponad harfą i wiolonczelami co jutro srebrzyście zabłysną w Tosce jak się ta stara gruba maciora będzie rzucać z murów fakt potem aczkolwiek do rana to nam jeszcze ho ho miało zejść ulicą Gdańską dawniej Adolf-Hitlerstrasse potem jeszcze a kto to spamięta do Słowiańskiej na setę dwie trzy ładować akumulatory bo cała wieczność nocy przed nami kurwa powiedział trzeci raz wczepiając ubabrane farbami kolorystyczne palce w zapluty blat wredny ten pierdolony Warhol ten scenograf nie? no! jak nie jak tak i kiedy tak sobie gadamy puka mnie w plecy ten pierdolony Warhol i powiada taka jest proza poezji Mistrzowie sceny pasiamać i odwraca się jak strona partytury pedał cholerny i jeszcze wyrzuca ten warszawski gaz z pyska żeby mi do rana było skończone i było
Oh! dolci baci, o languide carezze,
mentr'io fremente
le belle forme disciogliea dai veli!
Svani per sempre il sogno mio d'amore...
L'ora e fuggita...
E muoio disperato!
E non ho amato mai tanto la vita!...
zaśpiewał ludzie bili bravissimo maestro bis a my pieszo obacwaj na szage Szwederowem Wiatrakową wzdłuż browaru Kapuściska Glinki kolorowe palce opadały na pościel jak jakieś bratki czy ech sztuka i zamknęły mi się oczy dwa i sen miałem srebrny siedzimy nad orchestronem jemy kanapki z kartkową kiełbasą i jakaś wojna w moim śnie Salomea a może to tylko srebrne zęby znak nieszczęścia? Ławice srebrnych snów...
WENTYLATOR MIESZA POWIETRZE
Wentylator powoli miesza spocone powietrze. Ładne zdanie: spocone powietrze, sugeruje dwa ciała zwarte w namiętnym uścisku. Na przykład kobieta i mężczyzna w łóżku. Albo mężczyzna i mężczyzna w piasku pustyni: wykrzywione spazmatycznie twarze, wyszczerzone zęby i bagnet rozpruwający subtelność tkanek, aż zacichnie charczenie...
- No, tak czy siak, zawsze można sobie wyobrażać, co się chce jak wtedy tam w pokoiku nad barem, gdzie żyli przez tydzień za trzysta franków, a do tego jeszcze pluli do Sekwany, do Rodanu pluli i puszczali tu i tam papierowe łódeczki i napisy robili świńskie i obsceniczne rysuneczki. A kto by niewinne dziateczki zgorszył, mnie uczynił czy jakoś tak i kucała nad brzegiem Rodanu w minispódniczce, jak zwykle bez majtek czyniła Jemu, co czyniła dziateczkom licznie jej towarzyszącym. Nawet nie zdawała sobie sprawy, a zupa cebulowa, kiedy ją gotowała na samej cebuli i soli? Albo jak grała w karty, przegrywając pierścionek i złoty łańcuszek z kostki. Tak, jakoś tak właśnie napływają sennie, jak te dziewczyny sennie idące, Boże! Jakie piękne! Trzy pod ręce się trzymające w zwiewnych sukienkach panienki, i facet na progu, cyrulik miejscowy wecujący brzytwę o dłoń, patrząc na mnie niemo mówi:
- Boże, jakie piękne! Epigon.
[---]
. |
|
Ostatnio zmieniony przez Plezantrop dnia Pią Sie 24, 2007 1:29 pm, w całości zmieniany 1 raz _________________
  |
|
|
|
Wysłany: Czw Sie 23, 2007 9:15 am |
|
|
| Plezantrop |
| Dziad z Loży |
 |
 |
| Dołączył: 08 Kwi 2006 |
| Posty: 7381 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
O INNEJ STORY Z KOLEJĄ ZWIĄZANEJ
To ja jemu o innej story z koleją związanej, w której występuje pewna Nieznajoma, morski odpływ w okolicach Mont Saint Michel, wagon TGV i jakiś koniak.
Odpływ pozostawia rozgwiazdy, jeżowce, muszelki, wodorosty, patyki, kanistry, oszlifowane szkiełka butelek, butelki bez listów; stare gazety, łachy, zdechłe petrele, prezerwatywy, strzępki gazet.
Odpływ pozostawia niesmak: odsłania dno. Odsłania śmietnik. Odsłania nas samych. I tak stoisz boso na brzegu, ze stopami zasysanymi przez osączający się piasek i masz wrażenie, że jesteś nagi. Nagi i samotny. I choćby wkoło byli ludzie, masz poczucie nieskończonej samotności.
Kiedy czytał kieszonkowe wydanie opowiadań Kafki, gryzł herbatnika, siedząc w wagonie pociągu jadącego na Północ. Kobieta z przodu w białej sukience z dwoma złotymi guzikami na lewym ramieniu, tleniona, szczupła czterdziestka, patrzyła na niego długo, jakby przypominał jej syna, kochanka, męża... Postawiła mu koniak, którego nie cierpiał, ale wypił; pogadali w łamanym narzeczu o dupie Maryni, pokontemplowali zaokienny pejzaż, powęszyli sobie siebie.
Położyła klucz od przedziału tak, żeby widział numer, a zachęcającym: At see you dała do zrozumienia. Wstała i wyszła. Został i siedział, obrzucany ironicznym wzrokiem szczurowatego pikolaka: taaaaka kobita! Siedział i patrzył w okno; zwijał i rozwijał kawałek papierka z filtra papierosa Colt-coś-tam i w ogóle nie myślał o Kobiecie.
ROZMYŚLANIA O ANTYKU NIE O KOBIECIE Z KLUCZEM
Myślał o antycznej wazie, którą wyrzuciło morze. Kto z niej pił wino? Czym pachniało? Czy nalewała kobieta wiotka, czarnobrewa, o rysach ormiańskich, a może - egipskich? Czy polewał do srebrnych kubków tłusty, wyszmelcowany oliwą, syryjski kastrat, a jego palce skrzyły się od pierścieni? Jakie liście sypały się wokół? Jak brzmiała cytra, na której przygrywał pacholik, który nie trafił do ergastulów z powodu urody i gotowości na wszystko, byle nie na śmierć...
Zapłacił i wstał; jak erynie ścigały go oczy obsługi, a kiedy kupował jeszcze jedną paczkę fajek i brał butelkę tego samego koniaku, dostrzegł aplauz i uznanie samców i mniej licznych samic. Tak. Odpływ w poniedziałek ma swoje zalety: po nim nastąpi Przypływ. Zapukał do przedziału i otworzono mu natychmiast. Biust wystawał spod szlafroczka.
SMOK W LABIRYNCIE
Po przypływie, w jakiś poniedziałek, Smok w labiryncie chodzi od drzwi do ściany. Od ściany do drzwi. Od okna do stołu. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Pali, popija, pali, popija. Chodzi, siada, stoi nieruchomo, patrzy szklanymi oczyma na karuzelę za oknem, na parszywego gołębia na parapecie. Na sprzątaczkę zamiatającą śliski, podeszczowy bruk. Na czarnoskórego mleczarza i żółtoskórą sprzedawczynię z bistro na wprost. Na niebo patrzy, o niebie nie myśląc. Kiedy wreszcie alkohol zaczyna działać, siada na fotelu i podnosi telefon.
- Może się spotkamy?
Przy stoliku cztery dłonie celebrują rozdzieranie paczek z papierosami, manipulują zapalniczkami, widelcami, łyżkami, kieliszkami. Właściwie, to nie mają sobie nic ciekawego do powiedzenia, ot - jakieś duperele z codzienności: praca, kserokopiarka, jakieś narady; Suzanne to, Jacquelin tamto, Jacques owo. No, i - ma się rozumieć: pogoda, plany, kiepskie płace, korki na ulicach, murzyni; swołocz kolorowa, brudasy. A, nie obeszłoby się bez wzniosłości: wspaniałe, przewspaniałe, cudowne, niebotyczne obrazy Ryszarda, którego imię niech będzie pochwalone! Ryszarda obrazy!
- A co u Ryszarda? Pyta o Ryśka, więc ona nerwowo uśmiecha się, niepewna intencji.
- No, po staremu: maluje, pije, sprzedaje, łajdaczy się, maluje i pije. Jak zawsze... A co u ciebie? Jak żyjesz? Z kim żyjesz? Co dalej?
Popija dla zyskania czasu. Teraz będzie najlepsze: kłamstwa i pierdoły nieludzkie.
- No, wiesz... Ale nie dokończy: ona i tak wie.
- Kiedy wracasz?
Zasnuta mgłą wspomnienia ulica przy dworcu, tunel; ta sama babina bezdomna, otoczona sforą parszywych kundli, jakimiś kartonami. Cyganie żebrzący na wprost monopolowego, jako zjawisko nie paranormalne, tylko standard codzienności. Potem kilkaset metrów znajomymi uliczkami i tu: O, cześć, jak leci? Po staremu, a u ciebie? Stara bida! Na czym skończyłem? Aha!
- Kiedy wracasz?
- Wrócę, jak trzeba będzie wracać, nie być tutaj.
- Na razie siedzę na dupie i obgryzam kości palców.
Teraz wkracza rasowa kobieta:
- A z kim, jeśli oczywiście można, teraz żyjesz? Z tą... No, jakby tu...
- Z tą dziwką? Tak, czasami z ta dziwką. Pali nerwowo, łyka dym, mruga oczkami, szminkując ustnik tłustą mascarą.
- Wiesz, ja tam nie wnikam w niczyje życie, ale uważam...
- Napijmy się gorzały i dajmy spokój pieprzeniu, kto, z kim, po co, jak, gdzie. Nic się ładnego nie wydarzy na tym najlepszym... Zamawiają kolejną, tym razem półlitrową karafkę, budząc starannie maskowane: zdumienie i pogardę kelnera.
- Patrzą na nas, jak na ochlapusów - Mówi ona, a on śmieje się głośno i nieelegancko.
- A jak mają patrzyć? Przecież jesteśmy ochlapusami!
- Och, daj spokój...
- Dobrze...
- Masz nadzieje, że przedłużą ci wizę?
- Mam; rozmawiałam w ambasadzie z E. Ma pomóc.
- A w zamian: nocka?
- I kij mu w oko.
Wzruszenie ramionami, jak strzepnięcie łupieżu: już czysto. Kiedy tak sobie leżą w skotłowanej pościeli i palą papierosy, ona opowiada mu o swojej nieszczęśliwości, on myśli o tym, że ten jutrzejszy wyjazd jest mu nie na rękę, choć - po prawdzie - nie ma nic innego do roboty, tylko jeździć tam, gdzie jechać ma i koniec.
Przytula ją i mówi: - Wiesz, co? Zamknij się. Po prostu - bądź cicho, przestań skomleć i popatrz na wszystko tak: jest nieokej, ale może być okej, jeśli zrozumiesz i kupisz zasady gry: żyć dziś, umrzeć jutro. Estetycznie patrzyć na siebie, przez taki pryzmat: kiwasz nogami nad rzeką życia ze świadomością, że nie jesteś nikim ważnym, pośród innych, też nieważnych ludzi. Kawałek chleba, jakaś wóda, chłop do wyra... Co ty jeszcze chcesz?
- Miłości, uczucia, zrozumienia...
- Ostatnim razem mówiłaś o apartamencie z Ryśkiem, o wojażach, sukcesach; że tylko to się liczy, kto na wierzchu...
- Ja? Ja tak mówiłam?! Krzyczy, podrywa się, a potem nagle opada, jak szmaciana lalka.
- Rzeczywiście, tak mówiłam...
(od str. 143)
BOGALUSA DREAM
Śniąc smaki i zapachy kobiety, rozgwiazdy, lotniska, tory kolejowe, smętne motele dla ulotnych emigrantów, papiernie, przemysł tartaczny, syropy klonowe i zapach sracza na zaplutej stacji benzynowej, śnił także miasteczko ulokowane wdzięcznie gdzieś pomiędzy North 30 47.4498 a West 89 50.9166, co można łatwo sprawdzić, analizując dorobek panów Mercatora i Romera.
Tam więc, w okolicach Country Club, na skrzyżowaniu Sullivan z Fiorenza Drive spotyka małą, czekoladową Ashley Greene urodzoną Greene, pannę dwudziestokilkuletnią. Zabawiać się będzie później łapczywym ssaniem jej miedzianych sutków i pracowitym lizaniem łechtaczki, różowej jak landrynka.
- Smakowicie brzmi, Młodzieńcze. Obiecujący wstęp, na lingam Varuny i yoni Kali! A pejzaże i warunki? Czy spoglądał z wysokości sandałów swoich depczących szczyty, czy spozierał z nizin porośniętych jaśminowcem i kłączastymi tatarakami, a patrzyć musiał pod górę, prosto w słońce? I czy sypał śnieg albo nadciągały tornada?
- Nie, nie, Greku! Wtedy od Zatoki Meksykańskiej nie nadciągnął żaden śmiercionośny huragan, tylko ciepły zefirek o zapachu pomarańczy i alg.
- A woń rekina-ludojada skrytego pod błękitną falą?
- Nabrzmiewała w ciepłych toniach rządzą mordu, szykując imadło paszczy.
- Bosko!
- W szpitalu przy Austin Street opatrzyli mu krwawiący łuk brwiowy zaraz po tym, jak pieprznął łbem w latarnię, bo oglądał się za jedną taką pindą w mini, na szpilach metrowej wysokości, z niebotycznym falującym biustem. Szła, głośno śpiewając House of The Reasing Sun.
- Fanka Animals?
- Jak tuszę. Ashley napotkał kilka godzin później. Zaledwie kilka godzin, a mogą zmienić cały świat w raj.
- Albo w gówno...
- W China Star na Cumberland Street pojedli z Ashley po chińsku i długo patrzyli na siebie w milczeniu, pijąc gorzkie drinki o smaku piołunu i miodu.
- Kolejny wymysł pieprzonych, barbarzyńskich jankesów.
saksofon
dym papierosów nad bufetem obłoki nad zatoką
muszla rozwartej torebki gwiazdy w kostkach lodu gin
który nie chce spełniać najprostszych życzeń
pot na twojej skroni spływa
na nas matka noc miłość macocha oślepia
nasze oczy tym wzruszeniem ramion po którym zostanie
tylko cierpkość duszy jak gorzka hostia przebaczeń
ona seven-up i czy masz gumkę bo ja bez nie
pójdziemy jeszcze na górę za duszno tu
bogalusa dream ma wprawdzie klimatyzację myśli
i lodówki uczuć ale póki co szelesty
twoich pończoch i smak perfum
dla czarnej dziwki ile to wyniesie
jak wyniosę siebie dzisiaj na szczytowanie podwzgórza
wierząc w panią boga miłość ile to wyniesie
fistaszki free solone potem westchnieniem zapachem
herbata jesteś anglik nie jesteś oni noszą dżokejki
daj mi rękę dotknij pogładź zamknij usta krwiste
moją samotnością i pozwól przez chwilę śnić
że pod chmurami dymu oddechów bluesa kryje się więcej
niż how much ty pierdolone
życie
saksofon
Napisał toto w kiblu na papierze do wycierania dupy, bo przecież nie miał pod ręką żadnego cholernego kajetu albo jakiegoś notesu, że już o maszynie do pisania nie wspomnę, na których mógłby go wystrugać tymi palcami zagłodzonego poety.
- Nie, nie, kochany! Treść nie miała nic wspólnego z czarną Ashley, która wtedy jak raz słuchała muzyki kiwając stopą w białym sandałku i piła gorzkiego drinka; ot, nagła impresja, że a jakby to tak na przykład, hę?
- A można było inaczej?
- Poezję? Zawsze można inaczej; pytaj Whitmana.
- Spytam przy okazji. Co robili ze sobą, święty mężu, czekoladowa córka kakaowca i on, świnioblady cherlawy wymoczek-poeta?
- A włóczyli się ze sobą od baru do baru, od knajpy do knajpy; pieprzyli się jak ten pies z suką po motelach, aż, wieczorową porą, dotarł do niego telefon, że musi jechać, więc wyjechali do Cocodrie miłego; tam, nad Zatokę, gdzie zakotwiczyli w drewnianym domku i na krewetkowym kutrze Stevena i Marylki O’Henrych, ludzi bogobojnych a szczodrych.
- Jedli homary z rusztu i hamburgery z Tabasco?
- Grali na gitarach, kąpali się nago, ćmili nieco gandzi, pili bimber pod krewetki z koprem i pływali po Zatoce ot, dla przyjemności.
- Bez wątpienia.
- Aha! Nie. Zdecydowanie, sen nie przyniósł mu ukojenia.
-?
ZGODNE STADŁO
Kilka razy latał w jakichś sprawach do Waszyngtonu i Los Angeles; kilka razy odwozili go samochodem na louisiańskich blachach sympatyczni atleci w ciemnych okularach i o nieskazitelnych kantach spodni, krzycząc na pożegnanie wesołe At see you later, aligator! Wtedy Ashley wpadała w jego ramiona i szli do kabiny kochać się, jak się kochają barrakudy, nosorożce, lewiatany czy te tam, no, makrauchenie.
- Zgodne stadło!
Wtedy to zabawiał się ssącym ssaniem jej miedzianych sutków, mlaskotliwym lizaniem łechtaczki różowej jak landrynka; rozplataniem i zaplataniem warkoczyków, szeptaniem świńskich słów i wznoszeniem szczerych toastów za zdrowie O’Henrych, jej i swoje. Za pomyślną przeszłość, bez wspólnej przyszłości ich obojga. Hurrah! Ale, gdy Minox EC w kieszeni, pora zbierać się do drogi, Pomarańczko.
- Zebrał więc dupę w troki i opuścił swój czekoladowy kwiatuszek kakaowca, zwaną tu raptem i nie wiedzieć dlaczego - Pomarańczką? Wzywała go idea, co naonczas zdawała mu się być od potrzeb kutasa ważniejsza?
- Nie inaczej, Olo, nie inaczej. Bóg, honor...
- I włoszczyzna, Babu. Włoszczyzna...
Jakiś czas później siedząc w obskurnej kabinie obskurnego kontenerowca, idącego ku brzegom wyspy na Pacyfiku, wspominał czekoladopodobną dziewczynę o ząbkach białych jak śnieg i orzechowych oczach. Jej imię...?
- Ashley Greene, nie pamiętasz?
- Nie. Tylko sny... A w ogóle, była jakaś Ashley Greene?
Zmuszony koniecznością przesiadki na samolot przesiadł się i natychmiast zapadł w długi, ciężki sen wędrowca, dla którego przeskakiwanie stref czasowych pod każdym kątem stało się nieznośnie męczącą, upierdliwą rutyną, jak katarakty albo wodospady dla odkrywców Limpopo lub Beczuany.
- Kość w nosie, dzida w dupie...
- Na przykład.
Obudzony delikatnie dłonią i szeptem stewardessy ziewnął, przetarł oczy potem wstał i wyszedł z samolotu na zdrętwiałych nogach. Zobaczył obrazek, jakich zobaczył w życiu wiele i nie było w nim nic interesującego, po prostu - jeszcze jeden pasażer Jumbo-jeta, patrzący na port lotniczy, samochodziki ekip technicznych, szary beton pasa air port Colombo. Ale jeszcze ogłupiały od snu natychmiast pomyślał: Wanda...
- A ta cholerna, mała ćma krążyła dokoła tamtej, cholernej, majolikowej lampy?
- No.
- A co to było z tą hrabianką czy zmanierowaną lafiryndą o błękitnej krwi?
- Ładnie było i powieściowo, Greku.
[---][/b]
. |
|
Ostatnio zmieniony przez Plezantrop dnia Czw Cze 19, 2008 12:23 pm, w całości zmieniany 1 raz _________________
  |
|
|
| | |